Czego atoli nie wyznano sobie, do czego ledwie przyznać się chciano, to było głębokie, bolesne uczucie, jakie drgało w każdej piersi, mocniej lub słabiej, lecz zarówno prawdziwie i tkliwie. Przedsmak rozstania opanował wszystkich, a powolne oniemienie sprowadzało niemal trwogę.
Wtedy nabrał odwagi i zdecydował się śpiewak, przygrywając silnie na swym instrumencie, niepamiętny na ową dawniejszą, rozważną delikatność. Przed nim unosił się obraz Mignon wraz z pierwszym tkliwym śpiewem ślicznego dziecka. Namiętnością z granic wywiedziony, uderzając w dźwięczne struny tęsknym dotknięciem, zaczął śpiewać:
Znasz-li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa,
Pomarańcz blask...134
Hilaria wstała wzburzona i oddaliła się, skroń zasłaniając. Nasza piękna wdowa jedną rękę wyciągnęła jakby odpychająco ku śpiewakowi, a drugą chwyciła Wilhelma za ramię. Za Hilarią poszedł rzeczywiście zmieszany młodzieniec, Wilhelma pociągnęła przytomniejsza przyjaciółka za obojgiem. A gdy wszyscy czworo stanęli naprzeciw siebie w pełnym blasku wysoko stojącego księżyca, niepodobna było ukryć ogólnego wzruszenia. Kobiety rzuciły się sobie w ramiona, mężczyźni objęli się za szyje, a luna135 była świadkiem łez najszlachetniejszych, najczystszych. Powoli dopiero wróciło niejakie oprzytomnienie. Rozstawano się milcząco, wśród dziwnych uczuć i życzeń, którym atoli nadziei już zabrakło. I teraz artysta nasz, którego przyjaciel porwał za sobą, uczuł się pod wspaniałym niebem, w poważnie uroczej godzinie nocnej, wtajemniczony we wszystkie cierpienia wyrzekających się, pierwszego stopnia, jaki owi przyjaciele już przebyli, a oto znów widzieli się w niebezpieczeństwie ponownej, bolesnej próby.
Późno się udali młodzieńcy na spoczynek, a obudziwszy się wczesnym rankiem, skupili siły i zdawało się im, że mają dość mocy do rozstania się z tym rajem. Obmyślili pewne plany, które pozwalały im bez obrazy obowiązku zabawić w miłym pobliżu.
Projekty swoje zamierzali właśnie przedstawić, gdy ich zaskoczyła wiadomość, że panie już odjechały o pierwszym dnia brzasku. List, pisany ręką naszej królowej serca, zawiadomił ich o reszcie. Można się było wahać, czy się w nim wypowiadało więcej rozumu czy dobroci, więcej skłonności czy przyjaźni, więcej uznania zasługi czy cichej, nieśmiałej wymówki. Niestety, w zakończeniu zawierało się twarde wymaganie, żeby ani jechać za przyjaciółkami, ani ich nigdzie nie szukać — a nawet, gdyby się gdzie przypadkowo spotkano, starannie się wzajem unikać.
I oto, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, raj przemienił się dla przyjaciół w zupełną pustynię. I z pewnością sami by się uśmiechnęli, gdyby im w tej chwili jasno się uprzytomniło, jak nagle zaczęli się niesprawiedliwie i niewdzięcznie zachowywać wobec tak pięknego, tak godnego uwagi otoczenia. Żaden samolubny hipochondryk nie byłby tak ostro i z taką zawiścią ganił i wyśmiewał walenia się budynków, zaniedbania murów, spustoszenia wież, zarastania chodników trawą, wymierania drzew, butwienia grot kunsztownych, mchem porastających — i wszystkiego zresztą, co się w tym rodzaju spostrzec dawało.
Otrząsnęli się jednak z tego, na ile to było możliwe. Artysta nasz starannie zebrał swoje roboty, wsiedli razem do łodzi. Wilhelm towarzyszył mu do górnej okolicy jeziora, skąd tamten, wedle dawniejszej umowy, miał się udać w drogę do Natalii, by ją za pomocą pięknych, krajobrazowych malowideł przenieść w strony, których może tak rychło nie zwiedzi. Był on zarazem upoważniony, wyznając niespodziewane zdarzenie, zawiadomić, w jaki sposób znalazł się w tym położeniu, iż jak najprzyjaźniej przyjęty został na członka przez związek wyrzekających się — i jeżeli nie uleczony, to pocieszony wskutek wielce uprzejmego ich postępowania.