Wspominając wreszcie o prośbie pańskiej, powiem tyle tylko: Montan zaniósł ją do nas w czasie właściwym. Dziwny ten mąż nie chciał zgoła objaśnić, jaki miałeś pan właściwie zamiar, ale dał słowo przyjaciela, że jest on rozumny i, jeśli się powiedzie, może się stać nadzwyczaj pożyteczny dla towarzystwa. I dlatego przebacza się panu, żeś w liście swoim również zachował tajemnicę. Dość, że jesteś pan zwolniony ze wszelkiego ograniczenia, a byłbyś pan o tym już zawiadomiony, gdybyśmy znali miejsce pańskiego pobytu. Powtarzam więc w imieniu wszystkich: zamiar pański, chociaż niewypowiedziany, otrzymał zatwierdzenie wskutek zaufania do Montana i do pana. Podróżuj pan, zatrzymuj się, ruszaj się, siedź w miejscu — co się panu powiedzie, dobre będzie. Obyś się wyrobił na najniezbędniejsze ogniwo łańcucha naszego.
Na zakończenie załączam tabliczkę, z której będziesz pan rozpoznawał ruchomy środek naszych komunikacji. Znajdziesz na niej wyraźnie zaznaczone miejsce, dokąd w każdej porze roku masz przesyłać swe listy. Najchętniej widzimy to dokonywane przez pewnych posłańców, których w dostatecznej liczbie masz pan wymienionych w różnych miejscowościach. Znajdziesz pan również znaki wskazujące, gdzie tego lub owego z naszych możesz odszukać”.
Dygresja
Tu atoli znajdujemy się w tym wypadku, iż musimy zapowiedzieć czytelnikowi przerwę i to przerwę na lat kilka. A z tego powodu, gdyby to można było złączyć z wymaganiami drukarskimi, chętnie byśmy w tym miejscu tom zakończyli.
Lecz chyba i przestrzeń między dwoma rozdziałami wystarczy, aby sobie zdać sprawę z miary wzmiankowanego czasu, kiedy już od dawna przyzwyczajeni jesteśmy, iż się takie rzeczy dzieją w naszej osobistej obecności między spuszczeniem a podniesieniem kurtyny.
W tej drugiej księdze widzieliśmy, jak się stosunki naszych starych przyjaciół natężają, a zarazem jak się pozyskuje świeże znajomości. Widoki na przyszłość są tego rodzaju, iż się spodziewać można, że wszystkim i każdemu, jeśli w życiu poradzić sobie potrafią, powiedzie się całkiem po myśli. Bądźmy więc przede wszystkim przygotowani do spotkania jednego po drugim w zawikłaniu i rozwikłaniu, na utorowanych i nieutorowanych drogach.
Rozdział ósmy
Poszukawszy na nowo przyjaciela naszego, zostawionego od niejakiego czasu sobie samemu, spotkamy go wstępującego od strony płaskiej okolicy do prowincji pedagogicznej. Idzie niwami i łąkami, obchodzi po suchej murawie niejedno jeziorko, spostrzega wzgórza raczej krzakami niż drzewami porosłe, mogąc zewsząd rozejrzeć się swobodnie po słabo wzruszonym gruncie. Na takich ścieżkach niedługo pozostawał w wątpliwości, że się znajduje w krainie hodowli koni. Rzeczywiście widział też tu i owdzie mniejsze i większe stada tych szlachetnych zwierząt różnej płci i wieku.
Nagle atoli widnokrąg pokrywa się straszną chmurą kurzu, która, w miarę zbliżania się rosnąc coraz wyżej, obejmuje całą szerokość przestrzeni. Ale w końcu ścieżyna, wiatrem z boku rozdarta, zmuszona jest okazać wewnętrzny swój zamęt.
W pełnym galopie wpada wielka liczba owych szlachetnych zwierząt, kierowanych i trzymanych w kupie przez konnych stróżów. Koło wędrowca przebiega ten tłum ogromny. Jakiś piękny chłopiec, będący w ich towarzystwie, spogląda nań zdziwiony, przystaje, zeskakuje i ściska ojca.