Wtedy zaczynają się pytania i opowiadania. Syn zawiadamia, że w pierwszych chwilach próby przetrwał wiele, nie miał swego konia i dużo się piechotą nabłąkał po polach i łąkach — zwłaszcza że, jak z początku oświadczył, nieszczególnym się okazywał miłośnikiem cichego, pracowitego życia wiejskiego. Dożynki wprawdzie podobały mu się bardzo, ale następujące potem uprawa, orka, kopanie i doglądanie wcale mu do smaku nie przypadły. Potrzebnymi i pożytecznymi zwierzętami domowymi zajmował się, ale zawsze opieszale i bez przyjemności, aż w końcu posunięto go do jazdy, więcej w sobie życia mającej. Pilnowanie klaczy i źrebiąt jest co prawda także dosyć nudnym zajęciem, ale, bądź co bądź, kiedy się widzi przed sobą rącze stworzonko, które za jakieś trzy, cztery lata wesoło kogoś poniesie, to przecież zupełnie jest co innego, niż mieć do czynienia z cielętami i prosiętami, których życie to ma na celu, żeby po dobrym odkarmieniu i wypasieniu zostać zgładzonym.
Ze wzrostu chłopca, który istotnie wyrastał na młodzieńca, z jego zdrowego wyglądu, z rozmowy swobodnie pogodnej — żeby nie rzec: dowcipnej — mógł był ojciec zupełnie być zadowolony.
Obaj, dosiadłszy koni, pośpieszyli za chyżo lecącym stadem obok samotnie położonych, obszernych folwarków do miejscowości czy miasteczka, gdzie się odbywała wielka uroczystość jarmarczna. Tam przepychała się niesłychana ciżba i trudno byłoby odróżnić, co wznieca więcej kurzu — towary czy kupujący. Ze wszystkich okolic spotykają się tutaj żądni kupna, by nabyć stworzenia szlachetnego rodu, starannej hodowli. Zdaje się, że słychać tu i języki całego świata. Wśród tego rozlega się żywy dźwięk silnych instrumentów dętych. Wszystko dowodzi ruchu, mocy i życia.
Wędrowiec nasz spotyka poprzednio już poznanego dozorcę, w towarzystwie innych dzielnych mężów, którzy po cichu i jakby niepostrzeżeni umieją utrzymać karność i porządek. Wilhelm, któremu się zdaje, że tu znowu spostrzega przykład wyłącznego zatrudnienia i ograniczonego, jak mniema, pomimo całej rozciągłości, kierunku życia, pragnie się dowiedzieć, w czym też jeszcze ćwiczą tu zazwyczaj wychowanków, żeby nie pozwolić, by przy tak dzikim, w pewnej mierze grubym zajęciu, żywiąc i hodując zwierzęta, młodzieniec sam nie zdziczał jak zwierzę. Toteż bardzo mu było przyjemnie dowiedzieć się, że z tym pozornie ciężkim i grubym zatrudnieniem złączone jest najdelikatniejsze w świecie — ćwiczenie się i wykształcenie w mowie.
W tej chwili zauważył ojciec brak syna przy sobie. Zobaczył, jak przedarłszy się przez tłum ludzi, targował się i spierał z młodym jakimś kramarzem o drobiażdżki. Chwilę potem wcale go już nie widział. Gdy tedy dozorca zapytał o przyczynę pewnego zakłopotania i roztargnienia i usłyszał, że tu idzie o syna, rzekł ku uspokojeniu ojca:
— Daj mu pan pokój, nie zginie. Ażebyś pan jednak zobaczył, jak trzymamy naszych wychowanków w kupie...
I zadął silnie w piszczałkę, wiszącą mu na piersi. Natychmiast tuzinami posłyszano odpowiedź ze stron wszystkich. Dozorca ciągnął dalej:
— Teraz na tym tylko poprzestanę! To znak jedynie, że jestem w pobliżu i mniej więcej pragnę wiedzieć, ilu mnie słyszy. Na drugi znak zachowują się cicho, ale się przygotowują. Za trzecim odpowiadają i zbiegają się. Zresztą znaki te w najrozmaitszy sposób są pomnażane i przynoszą korzyść niemałą.
Wtem utworzyła się wkoło nich wolniejsza przestrzeń. Można było mówić swobodniej, idąc ku sąsiednim wzgórzom.
— Do owych ćwiczeń językowych — mówił dalej dozorca — to nas skłoniło, że się tu znajdują młodzieńcy ze wszystkich stron świata. Chcąc tedy zapobiec, żeby, jak to na obczyźnie dziać się zwykło, nie łączyli się ze sobą mieszkańcy jednego kraju i, w odrębności od wszystkich innych narodów, nie tworzyli partii, staramy się zbliżyć ich wzajem do siebie przez swobodną wymianę mowy. Najpotrzebniejsze atoli staje się powszechne wykształcenie językowe, gdyż na tym uroczystym jarmarku każdy cudzoziemiec rad by znaleźć zadowalającą rozmowę we własnych dźwiękach i wyrażeniach, a przy targowaniu się i kupowaniu wszelkie udogodnienie. Ażeby jednak nie powstał zamęt babiloński ani skażenie jakie, w ciągu roku tedy, co miesiąc, jednym tylko językiem mówi się powszechnie, wedle zasady, że się niczego nie nauczymy poza obrębem żywiołu, który ma być zwalczony. Uczniów naszych — mówił dozorca — uważamy w ogóle za pływaków, którzy ze zdumieniem czują się lżejsi w żywiole, który grozi ich uniesieniem i połknięciem. I tak jest ze wszystkim, na co się odważy człowiek. Ale jeżeli który z naszych okazuje szczególną skłonność do tego lub owego języka, to nawet wśród tego pozornie tak tłumnego życia, które zarazem daje przecież wiele godzin spokojnych, bezczynnie samotnych, ba, nudnych nawet, postarano się o naukę pilną i gruntowną. Spomiędzy tych brodatych i bez brody centaurów chyba byście nie potrafili wyróżnić jeżdżących na koniu gramatyków, wśród których znajduje się kilku pedantów nawet. Wasz Feliks wziął się do włoszczyzny, a że, jak już wam wiadomo, śpiew melodyjny wszystko przenika w zakładzie naszym, moglibyście go usłyszeć śpiewającego ładnie, z uczuciem, wśród nudów pilnowania koni, niejedną piosenkę. Życie czynne i dzielne daleko łatwiej da się pogodzić z wytrwałą nauką, aniżeli zwykle przypuszczamy.