Oprowadzanego dalej wędrowca musiało zdziwieniem przejąć, że miasto zdawało się wciąż rozszerzać, ulica z ulicy jakby rozwijać, dostarczając widoków różnorodnych. Zewnętrzność budowli oznajmiała niedwuznacznie ich przeznaczenie. Były one dostojne i okazałe, mniej wspaniałe niż piękne. Do szlachetniejszych i poważniejszych w środku miasta przytykały uprzejmie weselsze, aż w końcu zdobne przedmieścia ujmującego stylu ciągnęły się ku polom i rozpraszały się wreszcie jako domki ogrodowe.
Wędrowiec nie omieszkał zauważyć, że mieszkania muzyków w poprzedniej dzielnicy nie mogły się żadną miarą równać w piękności i obszarze z obecnymi, które zajmowali malarze, rzeźbiarze i budowniczowie. Odpowiedziano mu, że to leży w naturze rzeczy. Muzyk musi być ku sobie samemu zwrócony, musi kształcić swą treść najbardziej wewnętrzną, by ją skierować na zewnątrz. Zmysłom, wzrokowi nie potrzebuje on pochlebiać. Oko bardzo łatwo zapanowuje nad uchem i wywabia ducha z wewnątrz na zewnątrz. Odwrotnie — artysta plastyczny musi żyć w świecie zewnętrznym i wnętrze swoje jakby nieświadomie objawiać w rzeczach zewnętrznych. Artyści plastyczni muszą mieszkać jak królowie i bogowie, bo jakżeby chcieli budować i zdobić budowle dla królów i bogów? Muszą się oni w końcu wznieść nad pospolitość tak dalece, iżby cała pospolita ludność uczuła się uszlachetniona w ich dziełach i przez nie.
Następnie prosił nasz przyjaciel o wyjaśnienie innego paradoksu — dlaczego w tych właśnie dniach uroczystych, tak ożywiających inne dzielnice, tak tłumnie wzburzonych, tutaj panuje cisza największa i praca nie ustaje?
— Artysta plastyczny — odpowiedziano — nie potrzebuje wcale święta, dla niego cały rok jest świętem. Kiedy utworzył coś doskonałego, stoi to, jak i poprzednio, przed jego oczyma, przed oczyma całego świata. Nie potrzeba tu powtórzenia, nie potrzeba nowego wysiłku, świeżego powodzenia, czym się muzyk trapi ustawicznie, któremu też należy wyprawiać święto najwspanialsze wśród najliczniejszego zgromadzenia.
— Ale by też wypadało — odparł Wilhelm — urządzić w tych dniach wystawę, na której by można było obejrzeć z przyjemnością i osądzić trzyletnie postępy najdzielniejszych wychowanków.
— W innych stronach — odpowiedziano — wystawa może jest potrzebna, ale u nas nie. Cała nasza istota i byt jest wystawą. Przypatrz się pan tutaj budowlom wszelkiego rodzaju, wykonanym w całości przez wychowanków, naturalnie wedle planów stokrotnie omówionych i obmyślanych, gdyż budowniczy nie powinien macać i próbować. Co ma stać trwale, powinno stać dobrze i starczyć, jeśli nie na wieczność, to na znaczny przeciąg czasu. Można wprawdzie błędy popełniać, ale budować ich nie wolno. Z rzeźbiarzami postępujemy już łagodniej, a najłagodniej z malarzami. Muszą próbować tego i owego, ci i tamci wedle swego rodzaju. Wolno im obierać sobie w wewnętrznych i zewnętrznych przestrzeniach budowli oraz na placach miejsce, które chcą przyozdobić. Oświadczają myśl swoją. A jeżeli ona zasługuje choć w pewnej mierze na uznanie, zezwala się na jej wykonanie, i to w sposób dwojaki: albo z przywilejem możności cofnięcia prędzej lub później roboty, jeżeli się ona samemu artyście nie podoba, lub też z warunkiem, żeby rzecz raz postawiona pozostawała na miejscu bez zmiany. Po większej części wybierają pierwsze, zastrzegając sobie owo pozwolenie, na czym zawsze najlepiej wychodzą. Drugi wypadek zdarza się rzadziej, a wtedy spostrzec można, że artyści mniej sobie ufają, odbywają z towarzyszami i znawcami długie narady i przez to zdołają wykonywać dzieła istotnie cenne, zasługujące na trwanie.
Po tym wszystkim nie omieszkał Wilhelm zapytać, jaka się jeszcze z tym łączy nauka. Oświadczono mu, że poezja — i to epiczna.
Ale przyjacielowi naszemu dziwne wydać się musiało, gdy dodano, że nie pozwala się uczniom czytać lub deklamować wykończonych już utworów dawnych i nowszych poetów. Podaje się im tylko lakonicznie szereg mitów, podań i legend. Bardzo rychło poznaje się po wykonaniu malarskim lub poetyckim istotną twórczość talentu, poświęconego jednej lub drugiej sztuce. Poeta i malarz, obaj czerpią z jednego źródła i każdy stara się wodę ku swojej stronie, na swą korzyść zagarnąć, aby wedle potrzeby cele własne osiągnąć — co mu się daleko lepiej udaje, niż gdyby chciał rzecz już obrobioną ponownie przerabiać.
Podróżny sam miał sposobność zobaczenia, jak to się działo. Kilku malarzy było w pokoju przy robocie. Pewien rześki, młody przyjaciel opowiadał bardzo obszernie jakąś wielce prostą historię, tak że prawie tyleż użył wyrazów, ile tamci pociągnięć pędzla, by wykład swój również jak najbardziej okrągło wykończyć.
Zapewniano, że przy wspólnej pracy przyjaciele bawią się bardzo przyjemnie i że tym trybem nieraz się rozwijali improwizatorzy, umiejący obudzić wielki zapał dla dwojakiego sposobu przedstawienia rzeczy.