Przyjaciel nasz zwrócił znowu badania swe do sztuki plastycznej.

— Nie macie tu — rzekł — wystawy, a więc i zadań do nagrody?

— Właściwie nie — odparł tamten — ale tu zaraz, w pobliżu, możemy wam pokazać coś, co uważamy za rzecz pożyteczną.

Weszli do wielkiej sali, bardzo dobrze oświetlonej z góry. Ukazało się najprzód wielkie koło zatrudnionych artystów, pośrodku którego wznosiła się korzystnie ustawiona, kolosalna grupa. Potężne postacie męskie i żeńskie w pozycjach namiętnych przypominały ową wspaniałą walkę pomiędzy bohaterskimi młodzieńcami i Amazonkami137, gdzie nienawiść i wrogie usposobienie przechodzi w końcu we wzajemną ufność i pomoc. To znakomicie ułożone dzieło sztuki jednakowo korzystnie obejrzeć było można z każdego punktu wokół. W dużym obwodzie siedzieli i stali artyści wizualni, każdy po swojemu zajęty: malarz przy swej sztaludze, rysownik przy rajzbrecie138. Jedni modelowali na okrągło, drudzy na płasko. Nawet budowniczowie planowali podstawę, na której kiedyś to dzieło sztuki miało być ustawione. Każdy uczestnik postępował po swojemu przy odtwarzaniu. Malarz i rysownik rozwijali grupę na płaszczyźnie, ale pilnie o to dbając, by jej nie zniszczyć, lecz — jak tylko można najbardziej — w skupieniu utrzymać. Podobnież traktowane były płaskorzeźby. Jeden tylko jedyny odtworzył całą grupę w pomniejszeniu i zdawało się, że istotnie w pewnych ruchach i co do członków przewyższył model naprawdę.

Otóż okazało się, że to był twórca modelu, który go przed wykonaniem w marmurze poddał tutaj nie teoretycznej, ale praktycznej próbie. I co każdy z jego współpracowników według własnego sposobu widzenia i robienia dojrzał, zatrzymał lub zmienił, to starannie obserwując, przy ponownym obmyślaniu potrafił zużytkować na własną korzyść tak, że w końcu, gdy wielkie dzieło stanie w marmurze wyrobione, to chociaż przez jednego było przedsięwzięte, ułożone i wykonane, może się wydawać, iż należy do wszystkich.

Cisza największa panowała także i w tej przestrzeni, ale przełożony podniósł głos i zawołał:

— Czy by się tu kto nie znalazł, co by nam wobec tego stężałego dzieła w ten sposób rozbudził naszą wyobraźnię wybornymi słowy, żeby wszystko, co tu stwardniałe widzimy, znowu się płynne stało, nie tracąc swego charakteru, iżbyśmy się przekonali, iż to, co tu artysta utrwalił, jest też najdostojniejsze?

Przez wszystkich po imieniu wezwany, porzucił jakiś piękny młodzian swą pracę i występując z koła, zaczął spokojny wykład, w którym opisywał tylko jakby obecne tu dzieło sztuki. Wkrótce jednak przerzucił się do właściwej dziedziny poezji, zanurzył się w środek akcji i opanował ten żywioł aż do podziwu. Powoli podniosło się jego przedstawienie za pomocą wspaniałej deklamacji aż do takiego poziomu, iż istotnie stężała grupa zdawała się poruszać około swej osi, a liczba postaci zdawała się w niej podwajać i potrajać.

Wilhelm stał zachwycony i zawołał w końcu:

— Któż tu jeszcze się wstrzymać zechce, by nie przejść do właściwego śpiewu i do pieśni rytmicznej!