— Właśnie dlatego — zawołał Jarno — że jest pustelnicza. Chciałem uniknąć ludzi. Im dopomóc nie można, a oni przeszkadzają nam w pomaganiu sobie samym. Jeśli są szczęśliwi, to trzeba ich pozostawić wśród ich niedorzeczności. Jeśli są nieszczęśliwi, to trzeba ich ratować, nie dotykając tych niedorzeczności. A nikt nigdy nie pyta, czy ty jesteś szczęśliwy lub nieszczęśliwy.
— Nie jest jeszcze tak źle z nimi — odrzekł Wilhelm, uśmiechając się.
— Nie myślę odbierać ci twego szczęścia — powiedział Jarno. — Idź tylko dalej, ty nowy Diogenesie31! Nie daj zgasnąć swej lampce w dzień jasny! Tam, z drugiej strony, leży świat nowy przed tobą, ale założyłbym się, iż w nim tak samo się dzieje jak w starym poza nami. Jeżeli nie możesz rajfurować32 i długów płacić, to na nic się wśród nich nie zdasz.
— Wydają mi się to jednak bardziej zajmujące — odrzekł Wilhelm — niż twoje nieruchome skały.
— Wcale nie — odparł Jarno — gdyż tych przynajmniej pojąć nie można.
— Szukasz wybiegu — powiedział Wilhelm — bo to wcale nie po twojemu zajmować się rzeczami, które nie dają żadnej nadziei, żeby mogły być pojęte. Bądź szczery i powiedz mi, coś znalazł w tym zimnym i stężałym amatorstwie.
— Trudno to powiedzieć o jakimkolwiek hobby, a zwłaszcza o tym.
Potem, namyśliwszy się chwilę, rzekł:
— Litery są zapewne piękną rzeczą, a jednak wcale nie są przydatne do wyrażania tonów. Bez tonów nie możemy się obejść, ale zupełnie niedostateczne są one do wygłoszenia istotnej myśli. W końcu przyklejamy się do litery i tonu, i wcale nam z tym nie lepiej, niż gdybyśmy zgoła ich nie mieli. Czego sami udzielamy, co nam przekazują, jest to zawsze tylko rzecz najpospolitsza, niewarta wcale trudu.
— Chcesz mi się wymknąć — rzekł przyjaciel — bo jakiż to ma związek z tymi skałami i rysami?