— Brawo! — wołał tamten. — Teraz cię znów poznaję! Po raz pierwszy od dawnego czasu znowu mówiłeś jak ten, komu leży coś na sercu. Po raz pierwszy porwał cię potok wymowy, okazałeś się takim, co potrafi coś uczynić i to zachwalać.
Leonard zabrał następnie głos i zażegnał zupełnie tę małą niesnaskę.
— Wydawałem się nieobecny — rzekł on — ale dlatego tylko, żem był więcej niż obecny. Przypomniałem sobie mianowicie wielki gabinet tego rodzaju, który widziałem w czasie podróży swoich, a który tak mnie zajął, że kustosz, co dla pozbycia się wedle zwyczaju zaczął wydawać wymowną na pamięć litanię, rychło wypadł z roli, będąc sam artystą, i okazał się wielce świadomym rzeczy przewodnikiem. Dziwne przeciwieństwo widzieć przed sobą wśród pełnego lata, w chłodnych pokojach, przy parnym gorącu na zewnątrz, przedmioty, do których śmiemy się zbliżać wśród najtęższej zaledwie zimy! Tutaj wszystko wygodnie służyło żądzy wiedzy. Z największym spokojem i w najśliczniejszym porządku ukazywał mi on cuda budowy ludzkiej i cieszył się, mogąc mnie przekonać, że na początek i na późniejsze przypomnienie zupełnie zakład taki wystarcza. Przy czym wolno każdemu zwracać się w wolnym czasie do natury i przy sposobności wywiadywać się o tę lub ową część poszczególną. Prosił mnie, bym go polecał. Zbiór bowiem taki wypracował dla jednego tylko wielkiego muzeum zagranicznego. Uniwersytety stanowczo się opierały temu przedsięwzięciu, gdyż mistrzowie sztuki umieją wykształcić prosektorów, ale nie pro-plastyków. Stąd to uważałem tego zdolnego człowieka za jedynego w świecie, a teraz słyszymy, że i ktoś drugi robi usiłowania w tym kierunku. Któż wie, czy gdzie nie wystąpi jeszcze na światło dzienne trzeci i czwarty! Ze swej strony postaramy się dać tej sprawie poparcie. Zalecenie musi przyjść z zewnątrz, a wśród naszych nowych stosunków pożyteczne przedsięwzięcie powinno być rozwinięte.
Rozdział czwarty
Nazajutrz, wcześnie rano, wszedł do pokoju Wilhelma Fryderyk z zeszytem w ręce i, oddając mu go, powiedział:
— Wczoraj wieczorem wobec wszystkich cnót waszych, w wyliczeniu których byliście dosyć szczegółowi, nie miałem możności mówić o sobie i zaletach swoich, którymi się poszczycić także mogę i które mnie wynoszą na godnego członka tej wielkiej karawany. Rozpatrzcie oto ten zeszyt, a będziecie mieli ich próbkę.
Wilhelm przebiegł kartki szybkim spojrzeniem i ujrzał spisaną wielce czytelnie, chociaż ulotnie wczorajszą relację o swoich studiach anatomicznych — prawie słowo w słowo, jak on ją przedstawił. Z tego powodu nie mógł ukryć swego podziwu.
— Znacie — rzekł Fryderyk — prawo zasadnicze naszego związku: musi być w jakimkolwiek zawodzie doskonały, kto rości pretensję do zostania jego członkiem. Łamałem tedy sobie głowę, w czym by też mnie się mogło powieść? I nie mogłem nic znaleźć, chociaż przecież wiedziałem, że mnie nikt nie prześcignie w pamięci, ani też w piśmie szybkim, lekkim i czytelnym. Te miłe przymioty pamiętacie pewnie z czasów naszego zawodu teatralnego, kiedyśmy to swój proch na wróble wystrzeliwali, nie myśląc o tym, że strzał dobrze wymierzony może też zająca w kuchni przysporzyć. Jakżeż często podpowiadałem bez książki! Jakże często pisałem w krótkim czasie role z pamięci! To wam wówczas dogadzało i myśleliście, że tak być powinno; a i ja także. I nie przyszłoby mi na myśl, jak dalece mi się to przyda. Pierwszy opat zrobił to odkrycie. Uważał, że to woda na jego młyn. Spróbował mnie wyćwiczyć, a mnie się podobało, co mi tak łatwo przychodziło, a zadowalało poważnego męża. A teraz jestem, gdy potrzeba, niby całą kancelarią. Prócz tego wozimy ze sobą jeszcze jedną taką dwunożną maszynę rachunkową, a żaden książę, choćby nie wiem ilu miał urzędników, nie jest tak dobrze obsłużony jak nasi przełożeni.
Wesoła rozmowa o czynnościach tego rodzaju skierowała myśli na innych członków towarzystwa.
— Czyżbyś pan przypuścił — mówił Fryderyk — że najbardziej nieużyteczne, jak się zdawało, stworzenie w świecie, moja Filina, stanie się najbardziej przydatnym ogniwem wielkiego łańcucha? Podajcie jej kawał sukna, postawcie mężczyznę, postawcie kobietę przed jej obliczem, a ona, nie biorąc miary, wykroi z całości; i potrafi przy tym wszystkie plamki i skosy tak zużytkować, że wielka stąd korzyść wynika. I to wszystko bez papierowego wzoru! Trafny wzrok duchowy uczy ją tego wszystkiego; spogląda na człowieka i kraje. Może on sobie pójść, gdzie chce, ona kraje wciąż i sprawia mu surdut leżący jak ulał. Byłoby to jednak niemożliwe, gdyby nie była przyciągnęła szwaczki, Lidii Montana, która wreszcie uspokoiła się i trwa w spokoju, a tak ślicznie szyje jak żadna; ścieg za ściegiem jak perły, jak haft. Otóż to, co można zrobić z ludzi. Właściwie wisi wkoło nas tyle rzeczy bezużytecznych, płaszcz łachmaniarski, sklecony z nałogów, skłonności, roztargnienia i samowoli. Stąd to, co z nas mieć chciała natura, co w nas włożyła najznamienitszego, tego nie umiemy ani odnaleźć, ani wykonywać.