Ogólne uwagi o korzyściach związku towarzyskiego, który się tak pomyślnie skupił, napawały najpiękniejszymi widokami.
Kiedy następnie dołączył do nich Leonard, prosił go Wilhelm, ażeby też o sobie opowiedział, i uprzejmie ich powiadomił o trybie życia, jaki prowadził dotychczas — o sposobie, w jaki się przyczyniał do udoskonalenia siebie i innych.
— Przypominasz sobie, mój najdroższy — odparł Leonard — w jak dziwnie namiętnym stanie zastałeś mnie w pierwszej chwili poznania się naszego. Zatopiłem się, zaplątałem się w nader dziwaczne pragnienie, w niepokonaną żądzę. Wówczas mogła być tylko mowa o najbliższej godzinie, o ciężkim cierpieniu, jakie mi zostało zgotowane i jakie sam wielce gorliwie powiększyć się starałem. Nie mogłem pana zaznajomić z mymi dawniejszymi, młodzieńczymi losami, jak to obecnie zrobić muszę, aby wskazać panu drogę, która mnie tutaj zawiodła. Wśród zdolności moich, które się powoli wskutek wpływów okolicznościowych rozwijały, najwcześniej się objawił pewien popęd do techniki, wzmagany codziennie niecierpliwością, jakiej się doznaje na wsi, kiedy przy większych budowlach, zwłaszcza zaś przy małych przemianach, urządzeniach i zachciankach, musimy obejść się bez tego i owego rzemieślnika i wolimy raczej popędzić robotę niezręcznie i po partacku, niż ją opóźnić, czekając na mistrza. Szczęściem po naszej okolicy włóczył się pewien wszystko-rób, który, dobrze się u mnie obławiając, wspierał mnie chętniej niż moich sąsiadów. Urządził mi on tokarnię154, którą za każdymi odwiedzinami potrafił więcej się posługiwać ku swoim celom niż ku mojej nauce. Sprawiłem też sobie warsztat stolarski, a skłonność moja do takich rzeczy spotęgowana i ożywiona została przeświadczeniem głośno wówczas wypowiadanym, że nikt nie może ośmielić się wstępować w życie, jeżeli w potrzebie nie będzie się umiał utrzymywać z rzemiosła. Zapał mój pochwalili wychowawcy wedle własnych zasad. Ledwie sobie przypominam, bym kiedykolwiek się bawił, wszystkie bowiem wolne godziny obracałem na jakąś robotę. Ba, mogę się pochwalić, że już chłopcem będąc, wskutek wymagań swoich podniosłem zręcznego kowala do godności ślusarza, pilnikarza155 i zegarmistrza. Ażeby tego dokonać, musieliśmy naturalnie wprzódy zdobyć sobie narzędzia. A niemało ucierpieliśmy na słabości tych techników, co to mieszają cel ze środkami, wolą tracić czas na przygotowania i przybory, niż się pilnować poważnie wykonania. Ale gdzieśmy mogli okazać się czynni praktycznie, to przy zakładaniu parków, bez których już żaden obywatel ziemski obejść się nie mógł. Pewne chatki z mchu i kory, plecione mostki i ławki świadczyły o naszej skrzętności, z jaką staraliśmy się gorliwie wśród świata ucywilizowanego pokazywać budownictwo pierwotne w całej jego surowości. W miarę upływu lat popęd ten doprowadził mnie do poważniejszego współudziału we wszystkim, co dla świata jest tak użyteczne i w jego dzisiejszym stanie tak niezbędne, i nadał moim wieloletnim podróżom istotne zainteresowanie. A że człowiek zwykł dalej wędrować tą drogą, która go do czegoś doprowadziła, mniej tedy sprzyjałem maszynom niż bezpośredniej pracy ręcznej, gdzie ćwiczymy siłę i uczucie w połączeniu. Stąd też chętnie się zatrzymywałem wśród takich przede wszystkim kółek, gdzie wedle okoliczności wykonywano taką lub inną robotę. Takie rzeczy nadają każdemu związkowi szczególną właściwość, każdej rodzinie, każdemu małemu społeczeństwu złożonemu z kilku rodzin bardzo wybitny charakter. Żyje się tu w najwyraźniejszym poczuciu żywotnej całości. Przyzwyczaiłem się przy tym spisywać wszystko, zaopatrywać w rysunki i tak, nie bez widoków na przyszłe zastosowanie, spędzać czas chwalebnie i miło. Skłonność tę, wykształcony dar ten zużytkowałem jak najlepiej przy ważnym zleceniu, jakie mi dało towarzystwo, bym zbadał stan górali i zabrał ze sobą użytecznych ludzi, żądnych wędrówki, do naszego orszaku. Może byś pan zechciał ten piękny wieczór, kiedy mnie różnorodne odciągają zajęcia, spędzić na czytaniu części mego dziennika? Nie myślę utrzymywać, żeby był bardzo przyjemny do czytania, mnie wydawał się on jednak zawsze zajmujący i w pewnej mierze pouczający. Toż przecież zawsze się sami odzwierciedlamy we wszystkim, czego dokonujemy.
Rozdział piąty
Dziennik Leonarda
Poniedziałek, 15 września
Wśród głębokiej nocy, z trudem dotarłszy do połowy wysokości góry, dostałem się do znośnej oberży, a już przed świtem, ku wielkiemu zmartwieniu memu, zbudziły mnie ze snu pokrzepiającego przeciągłe dźwięki dzwonków i dzwonów. Długi szereg jucznego bydła przeciągnął, zanim się mogłem ubrać i wyprzedzić go. Puszczając się w swoją drogę, przekonałem się bardzo rychło, jak nieprzyjemne i przykre jest takie towarzystwo. Monotonne dzwonienie ogłusza słuch. Pakunki, wystające daleko poza oba boki zwierząt (dźwigały one teraz wielkie wory bawełny), ocierają się z jednej strony o skały; jeżeli zwierzę, chcąc tego uniknąć, na drugą przejdzie stronę, to brzemię unosi się nad przepaścią, wzbudzając w widzu niepokój i zawrót głowy. A co najgorsze, w obu wypadkach niepodobna się przemknąć i pójść przodem.
Nareszcie wydostałem się z boku na skałę otwartą, gdzie święty Krzysztof, który niósł krzepko moje rzeczy, powitał człowieka, co stojąc w milczeniu, zdawał się oglądać przeciągający orszak. Istotnie — był to przywódca. Nie tylko należała do niego znaczna liczba obładowanych zwierząt (niektóre wynajął wraz z poganiaczami), ale był także właścicielem mniejszej części towarów; zajęcie zaś jego głównie polegało na starannym dopilnowaniu transportu dla większych kupców. Z rozmowy dowiedziałem się od niego, że jest to bawełna, przybywająca z Macedonii i Cypru przez Triest156, którą od stóp góry na mułach i koniach jucznych przewozi się przez te wyżyny i dalej, aż na drugą gór stronę, gdzie prządki i tkacze niezliczeni w dolinach i wąwozach przygotowują ogromny zapas poszukiwanych towarów dla zagranicy. Wory dla wygodniejszego ładunku mieściły ciężar półtrzecią157 lub trzy centnary158 wynoszący — to drugie stanowi pełne brzemię bydlęcia jucznego. Człowiek ten chwalił jakość bawełny tą drogą przybywającej, porównywał ją z bawełną przywożoną z Indii Wschodnich159 i Zachodnich160, a zwłaszcza z Cayenne161, jako z najbardziej znanymi. Wydawał się bardzo dobrze poinformowany o swym zajęciu, a ponieważ dla mnie nie było ono całkiem nieznane, mieliśmy tedy bardzo przyjemną i pożyteczną rozmowę.
Tymczasem cały orszak przeszedł, a ja z jakimś wstrętem ujrzałem na wijącej się w górę ścieżce skalistej nieprzejrzany szereg tych opakowanych stworzeń, za którymi trzeba się było piąć i piec między skałami w słońcu, wznoszącym się coraz wyżej. Kiedym się na to użalał przed swoim tragarzem, przystąpił do nas krępy, rześki mężczyzna, który na dosyć dużym kiju niósł lekkie stosunkowo, jak się zdawało, brzemię. Powitaliśmy się, a po silnych potrząśnięciach rąk, łatwo było spostrzec niebawem, że święty Krzysztof i ten nowy przybysz doskonale się znają ze sobą. Toteż dowiedziałem się zaraz, co następuje. Dla dalszych okolic w górach, dokąd każdemu poszczególnemu robotnikowi za daleko byłoby chodzić na targ, istnieje pewien rodzaj podrzędnego handlarza czy kramarza, nazywanego roznosicielem przędzy (niem. Garnträger). Chodzi on po wszystkich dolinach i kątach, wstępuje od domu do domu, przynosi prządkom bawełnę w małych partiach, zamienia na przędzę albo ją kupuje — jakiejkolwiek jest wartości — i zostawia ją znowu z pewną korzyścią w większych ilościach fabrykantom, osiadłym niżej.
Otóż kiedy znowu zgadało się o niedogodności wleczenia się za mułami, zaprosił mnie zaraz ów człowiek, żebym z nim zszedł w boczną dolinę, która właśnie oddzielała się od doliny głównej, odprowadzając wodę ku innej okolicy. Rychło się zdecydowałem. A gdyśmy z niejakim wytężeniem przeszli trochę stromy grzebień górski, ujrzeliśmy przed sobą zbocza z drugiej strony, zrazu bardzo niewesołe — skała się zmieniła i ukośne przybrała położenie, roślinność nie ożywiała zgoła kamieni i żwiru, widać było groźne, spadziste zejście. Strumyki sączyły się z wielu stron. Przechodzono nawet koło małego jeziorka, otoczonego stromymi skałami. Na koniec pojawiły się, z początku pojedynczo, później w kupkach, sosny, modrzewie i brzozy, potem rozrzucone pomiędzy nimi mieszkania wiejskie — co prawda w najbiedniejszym rodzaju, każda chata sklecona z dylów zazębionych przez samychże ich mieszkańców. Na wielkich dranicach162 dachowych leżały kamienie dla ochrony od działania wiatru. Pomimo tego smutnego wyglądu, z zewnątrz ograniczona, przestrzeń wewnętrzna nie była przecież nieprzyjemna; ciepła i sucha, utrzymana w czystości, bardzo dobrze przystawała do pogodnej powierzchowności mieszkańców, wśród których bardzo prędko czuło się swoim po wiejsku.