Tym razem drogę odbyliśmy rychło. Po kilku godzinach w spokojnej, niezbyt rozleglej, płaskiej dolinie, której jedna, skalista strona, lekko obmywana falami przejrzystego jeziora, w nim się odzwierciedlała, ujrzeliśmy dobrze i ładnie zbudowane domy, koło których grunt lepszy, starannie uprawny, w słonecznym położeniu sprzyjał utrzymaniu ogródków. Wprowadzony przez roznosiciela przędzy do domu głównego i przedstawiony pani Zuzannie, poczułem coś szczególnego, gdy przemówiła do nas uprzejmie, zapewniając, że jej bardzo przyjemnie, iż przyszliśmy w piątek jako w najspokojniejszy dzień tygodnia, gdyż w czwartek wieczorem gotowe wyroby odesłane zostały jeziorem do miasta Gdy roznosiciel przerwał, mówiąc: „Toż je znosi o każdej porze Daniel”, ona odparła:
— Z pewnością, on załatwia interes tak chwalebnie i wiernie, jakby to był jego własny.
— Bo też różnica niezbyt wielka — odparł tamten. Wysłuchał kilku poleceń uprzejmej gospodyni i pośpieszył dopełnić swoich zobowiązań w dolinach bocznych, przyrzekając, że wróci za dni kilka i mnie ze sobą zabierze.
Mnie tymczasem bardzo dziwnie było w duszy. Zaraz przy wejściu opanowało mnie przeczucie, że to jest owa upragniona. Przy dłuższym wpatrywaniu się nie była, nie mogła nią być, a jednak gdy się od niej wzrok odrywało lub gdy się odwracała, była nią znowu. Tak jak we śnie wspomnienie i fantazja nawzajem się wypychają.
Kilka prządek, które się opóźniły ze swą robotą tygodniową, przyniosło ją teraz. Gospodyni, przyjaźnie upominając je co do pilności, targowała się z nimi. Ale dla rozmowy z gościem pozostawiła tę sprawę dwóm dziewczętom, które nazywała Małgosią i Elżunią, a którym ja tym uważniej się przypatrywałem, iż chciałem zbadać, o ile się one zgadzały z opowiadaniem bardownika. Dwie te postaci zbiły mnie zupełnie z tropu i rozproszyły wszelkie podobieństwo między poszukiwaną a gospodynią.
Tym dokładniej ją atoli obserwowałem i wydała mi się ona, bądź co bądź, najgodniejszą, najmilszą istotą ze wszystkich, jakie widziałem w mej podróży po górach. Byłem już dostatecznie powiadomiony o owym przemyśle, ażeby móc z nią świadomie mówić o interesie, który dobrze znała. Moje rozumne zainteresowanie wielce ją ucieszyło, a gdym zapytał, skąd dostaje swoją bawełnę, której wielki transport przez góry widziałem przed kilku dniami, odpowiedziała mi, że ten właśnie transport przywiózł jej znaczny zapas. Położenie miejsca jej zamieszkania, twierdziła, i z tego też powodu jest pomyślne, że gościniec, prowadzący do jeziora, przechodzi w bok tej doliny najwyżej o kwadrans drogi. A stamtąd albo sama osobiście, albo przez faktora odbiera przeznaczone dla niej i zaadresowane do niej paki z Triestu, jak to się stało i onegdaj.
Pokazała tedy nowemu przyjacielowi wielką, przewiewną piwnicę, do której składa się zapas, żeby bawełna nie wyschła zanadto, nie straciła na wadze i nie stała się mniej elastyczna.
Potem znalazłem tu po większej części zebrane razem wszystko, com już znał w szczegółach. Po kolei wskazywała to i owo, a ja ze zrozumieniem oglądałem. Tymczasem stawała się bardziej milkliwa. Z pytań jej mogłem odgadnąć, że ma mnie za należącego do rzemiosła. Rzekła bowiem, że, ponieważ bawełna właśnie co nadeszła, oczekuje niebawem komisanta lub wspólnika handlu triesteńskiego, który po oględnym obejrzeniu jej stosunków odbierze należne pieniądze; że te leżą gotowe dla każdego, kto się będzie mógł wylegitymować.
Zakłopotany w pewnej mierze, starałem się wywinąć i spojrzałem za nią, gdy szła przez pokój, ażeby coś zarządzić — wydała mi się jak Penelopa wśród dziewczyn.
Wraca, a mnie się zdaje, że coś w niej zaszło dziwnego.