— Więc pan nie jesteś ze stanu kupieckiego? — rzekła. — Nie wiem, skąd mi przychodzi zaufanie i jakim sposobem ośmielam się żądać pańskiego. Wymuszać nie chcę bynajmniej, ale racz mi pan udzielić tego, co serce panu powie.

Przy tym ta obca twarz spojrzała na mnie tak znanymi i poznającymi oczyma, żem się czuł przeniknięty do głębi i ledwie mogłem panować nad sobą. Kolana i rozum o mało mnie nie opuściły, kiedy na szczęście odwołano ją śpiesznie. Mogłem ochłonąć, umocnić się w swoim postanowieniu niezdradzania się, jak będzie można najdłużej. Bo mi coś w duszy przemknęło, jakby mi groził znowu jakiś nieszczęsny stosunek.

Małgosia, dziecko poważne i miłe, wyprowadziła mnie, by mi pokazać sztuczne tkaniny. Zrobiła to rozsądnie i spokojnie. Zapisywałem, ażeby jej dowieść uwagi, co mi mówiła, w pugilaresie, gdzie do dziś się znajduje jako świadectwo mechanicznego jedynie działania, gdyż w duszy miałem zupełnie co innego. Brzmi to, jak następuje: „Wątek w tkactwie, zarówno ręcznym, jak nożnym składa się, stosownie do wymagania wzorca, z białej, luźno skręconej tak zwanej przędzy wątkowej (niem. Muggengarn), a także z zabarwionych po turecku na czerwono nici oraz z nici niebieskich, których używa się również do prążków i kwiatów. Przy strzyżeniu nawija się tkaniny na walce, tworzące ramę formy stołu, wokoło której siedzi wiele osób pracujących”.

Elżusia, która siedziała między strzygącymi, wstaje, przyłącza się do nas, wtrąca się do rozmowy — i to w ten sposób, żeby tamtą, sprzeciwiając się, zbić z tropu. A kiedym mimo to więcej okazywał uwagi Małgosi, Elżusia zaczęła się wciąż kręcić, by coś przynieść, coś podać, i otarła się przy tym, niezmuszona szczupłością przestrzeni, delikatnym swym łokciem dwukrotnie — i to bardzo znacząco — o moje ramię, co mi się nieszczególnie jakoś podobało.

Piękna-Dobra (zasługuje w ogóle na tę nazwę, zwłaszcza zaś wtedy, gdy się ją z innymi porównuje) wyprowadziła mnie do ogrodu, gdzieśmy się mieli rozkoszować słońcem wieczornym, zanim się ukryje za górą. Wokół jej ust krążył uśmiech, jaki się zwykle ukazuje, kiedy ociągamy się z powiedzeniem czegoś miłego. I mnie też wśród tego zakłopotania zrobiło się przyjemnie na sercu. Przechadzaliśmy się obok siebie; nie śmiałem podać jej ręki, chociaż zrobiłbym to był chętnie. Zdawało się, że oboje się lękamy słów i znaków, przez które szczęśliwe odnalezienie aż zanadto rychło stać się mogło powszechnie znane. Pokazała mi kilka doniczek z kwiatami, w których poznałem do góry kiełkujące łodyżki bawełny.

— Tak to utrzymujemy i pielęgnujemy nasionka, nieużyteczne, a nawet wstrętne w naszym rzemiośle, które wraz z bawełną odbywają tak daleką do nas drogę. Robi się to z wdzięczności; doznajemy szczególnego zadowolenia, widząc żyjące to, czego obumarłe reszty ożywiają nasze istnienie. Widzisz pan tu początek, środek jest panu znany, a dziś wieczorem, jeśli się poszczęści, wesołe ujrzysz zakończenie. My sami, jako fabrykanci, albo przez komisanta zanosimy nasze towary, uzbierane w ciągu tygodnia, w czwartek wieczorem na statek kupiecki. I tak dostajemy się, w towarzystwie innych, co się podobnym zajmują interesem, bardzo wczesnym rankiem w piątek do miasta. Tutaj zanosi każdy swoje towary do kupców, handlujących na wielką skalę, i stara się zbyć jak można najlepiej, a wedle potrzeby zabiera w rachunku pewną ilość surowej bawełny. Nie tylko atoli nabywają w mieście rękodzielnicy potrzebne do fabrykacji, surowe materiały obok zapłaty za swój wyrób, lecz zaopatrują się także w różne inne rzeczy do użytku i przyjemności. Kiedy ktoś z rodziny pojedzie do miasta na jarmark, budzą się wtedy oczekiwania, nadzieje i życzenia, a częstokroć nawet lęk i obawa. Powstaje burza i zawierucha, więc się boją, żeby się coś złego nie stało statkowi! Chciwi wyglądają niecierpliwie, chcąc się dowiedzieć, jak się powiodła sprzedaż towarów i już naprzód obliczają sumę czystego zysku. Ciekawi oczekują na nowiny z miasta, lubiący stroje na suknie i rzeczy modne, jakie podróżny miał przywieźć, łakomi wreszcie, a zwłaszcza dzieci, na rzeczy jadalne, choćby to były bułki tylko. Odjazd z miasta przeciąga się zazwyczaj aż do wieczoru. Wtedy jezioro ożywia się powoli, a statki suną, siłą żagli lub wioseł pędzone, po jego powierzchni. Każdy stara się wyprzedzić inne, a ci, którym się to uda, wyśmiewają żartobliwie tych, co się widzą zmuszonymi pozostać w tyle. Miłe to i piękne widowisko ta jazda po jeziorze, kiedy na jego zwierciadło pada ciepły i stopniowo coraz to głębszy cień gór otaczających, oświetlonych czerwienią wieczoru, kiedy się ukazują gwiazdy, sygnaturki195 dają się słyszeć, kiedy się po wsiach nad brzegiem zapalają światła, odbijając się w wodzie, a potem wschodzi księżyc i rozsiewa swą poświatę po ledwie ruszającej się powierzchni. Bogate okolice znikają, wieś za wsią, zagroda za zagrodą pozostają w tyle. W końcu, przybywszy w pobliże krainy ojczystej, uderzają w róg i natychmiast na górze ukazują się tu i owdzie światełka, spuszczające się ku brzegowi. Każdy dom, mający kogoś na statku, wysyła pomocnika do przeniesienia pakunku. My mieszkamy bliżej góry, ale każde z nas dosyć często odbywało tę podróż, a co się tyczy zatrudnienia, to wszyscy jednako się nim interesujemy.

Przysłuchiwałem się jej z podziwem, jak dobrze i pięknie wszystko to mówiła, i nie mogłem się wstrzymać od otwartego spostrzeżenia, jakim sposobem w tej dzikiej okolicy, przy zajęciu tak mechanicznym, mogła osiągnąć takie wykształcenie!

Patrząc przed siebie z nader miłym, niemal figlarnym uśmiechem, odparła:

— Urodziłam się w okolicy piękniejszej i milszej, gdzie panują i przebywają ludzie doborowi, a chociaż dzieckiem okazywałam się dzika i nieokiełznana, to przecież wpływ wykształconych posiadaczy na swe otoczenie był niezaprzeczony. Największe wszelako wrażenie na młodej istocie zrobiło wychowanie pobożne, które rozwinęło we mnie pewne poczucie uczciwości i stosowności, jako natchnione wszechobecnością miłości boskiej. Wyszliśmy stamtąd — mówiła dalej, a delikatny uśmiech opuścił jej usta; powstrzymywała łzy napełniające jej oczy. — Wędrowaliśmy daleko, daleko, z jednej okolicy do drugiej, kierowani pobożnymi wskazówkami i zaleceniami. W końcu dostaliśmy się tutaj, do tej niezmiernie czynnej okolicy. Dom, w którym mnie pan zastajesz, zamieszkiwali tak samo usposobieni ludzie. Przyjęto nas serdecznie. Ojciec mój przemawiał tym samym językiem, w tym samym duchu. Niebawem zdawało się, że należymy do rodziny. We wszystkich sprawach domowych i rzemieślniczych zabrałam się odważnie do roboty. I tego wszystkiego, czego panią widzisz mnie pan teraz, nauczyłam się stopniowo, doszłam w tym do wprawy i wykonywałam. Syn tej rodziny, o kilka lat starszy ode mnie, dorodny i piękny na obliczu, pokochał mnie i uczynił swoją powiernicą. Miał on dzielną, a zarazem delikatną naturę. Pobożność, w jakiej ćwiczono się w domu, nie przylgnęła do niego, nie wystarczała mu. Czytał po kryjomu książki, w które zaopatrzyć się potrafił w mieście, książki takie, co nadają duchowi kierunek ogólniejszy i swobodniejszy. A że spostrzegł we mnie podobny popęd, podobne usposobienie, starał się więc kolejno dzielić się ze mną tym, co go tak głęboko zajmowało. W końcu, gdym wszystko pojmowała, nie wytrzymał dłużej, by nie odkryć całkowitej swej tajemnicy. Byliśmy też istotnie bardzo dziwną parą, co na samotnych przechadzkach o takich tylko rozmawiała zasadach, które czynią człowieka samodzielnym. Rzeczywisty zaś stosunek przychylności na tym się jedynie zdawał opierać, żeśmy się wzajemnie umacniali w takich nastrojach, jakie ludzi zazwyczaj zupełnie oddalają od siebie.

Chociaż nie wpatrywałem się w nią ciągle, tylko kiedy niekiedy jakby przypadkowo na nią spoglądałem, zauważyłem przecież z podziwem i współczuciem, że rysy jej twarzy wyrażały równocześnie i dokładnie słów jej znaczenie.