— Aby go zagasić?
— Bynajmniej! Aby go przytłumić.
— A więc zostawiają mu tyle powietrza, ile potrzeba, żeby wszystko przeniknęło żarem, ażeby się wszystko należycie zgotowało. Wówczas zamykają każdą szczelinę, przeszkadzają wszelkiemu wybuchowi, żeby wszystko powoli samo w sobie wygasło, zwęgliło się, ochłodło, a w końcu rozpadło, wydzieliło jako towar sprzedawany kowalowi i ślusarzowi, piekarzowi i kucharzowi, a wysłużywszy się dostatecznie na korzyść i pożytek kochanego chrześcijaństwa, zostało zużyte jako ług przez praczki i fabrykantów mydła.
— No — odpowiedział Wilhelm, śmiejąc się — zastosowawszy to porównanie do siebie, jakże ty wyglądasz?
— Nietrudno na to odpowiedzieć — odrzekł Jarno. — Uważam się za stary kosz, szczelnie napełniony bukowymi węglami. Przy tym pozwalam sobie na to dziwactwo, żeby się spalać tylko dla siebie samego. Z tego też powodu wydaję się ludziom bardzo dziwaczny.
— A mnie — rzekł Wilhelm — jakżebyś mnie określił?
— Teraz zwłaszcza — odpowiedział Jarno — patrzę na ciebie jak na kij podróżny, mający tę dziwną własność, że się zieleni w każdym kącie, gdzie go się wetknie, ale nigdzie nie zapuszcza korzeni. A teraz rozprowadź sobie dalej to porównanie i naucz się rozumieć, jeśli nie potrafi z ciebie nic zrobić ani leśnik, ani ogrodnik, ani węglarz, ani stolarz, ani żaden rzemieślnik.
W trakcie tej rozmowy dobył Wilhelm, nie wiadomo na jaki użytek, z zanadrza coś, co wyglądało na wpół jak pugilares, na wpół jak sztuciec41, a co przez Montana powitane zostało jako rzecz od dawna znana. Przyjaciel nasz nie zaprzeczył, że nosi to niby jakiś fetysz z tym zabobonem, że od posiadania tegoż przedmiotu los jego w pewnym względzie zależy.
Ale co to było, nie możemy jeszcze w tym miejscu odkryć czytelnikowi. Tyle tylko powiedzieć winniśmy, że się wywiązała stąd rozmowa, której wyniki w tym się w końcu streściły, iż Wilhelm wyznał, że od dawna był już skłonny do poświęcenia się jakiemuś określonemu zajęciu, jakiejś istotnie pożytecznej sztuce, przypuszczając, iż Montan wystara się o to u związkowych, aby najuciążliwszy ze wszystkich warunków życia (tj. bawienia w jednym miejscu nie dłużej nad trzy dni) jak najrychlej został uchylony i aby mu dozwolone było zatrzymywać się dla osiągnięcia celu tu lub owdzie zupełnie dowolnie. Montan obiecał to sprawić, gdy Wilhelm ślubował uroczyście dążyć nieustannie do spełnienia poufnie wyrażonego zamiaru i najwierniej się trzymać raz obranego przedsięwzięcia.
Omawiając to wszystko poważnie i wciąż sobie odpowiadając, oddalili się od swego noclegu, gdzie się powoli zebrało dziwnie podejrzane towarzystwo. O świcie wyszli z lasu na polankę, gdzie spotkali trochę zwierzyny, która wiele przyjemności sprawiła szczególnie Feliksowi, radośnie wszystko przyjmującemu. Przygotowano się do rozstania, gdyż ścieżki tutaj rozchodziły się w rozmaite strony świata. Rozpytywano Fitza o rozmaite kierunki, ale ten wydawał się roztargniony i wbrew zwyczajowi swemu dawał odpowiedzi splątane.