— W ogóle jesteś nicponiem — rzekł Jarno. — Tych ludzi, co tej nocy w koło nas obsiedli, znałeś wszystkich. Byli tam drwale i górnicy, to mogło uchodzić, ale ostatnich uważam za przemytników, za kłusowników. A ten wysoki, co na samym końcu przyszedł, co wciąż znaki na piasku robił, a którego inni traktowali z niejakim poważaniem, był pewnie kopaczem skarbów, z którym potajemnie się znosisz.
— To wszystko poczciwi ludzie — dał się na to słyszeć Fitz. — Żyją nędznie, a jeżeli robią kiedy coś, czego inni zabraniają, toć przecież to biedacy, którzy sami sobie dawać muszą pozwolenie, aby tylko wyżyć.
Widząc przygotowania przyjaciół do rozstania się, mały łotrzyk zamyślił się poważnie. Coś sobie po cichu rozważał, gdyż wahał się, za którym z dwóch oddziałów pójść ma. Obrachował swe korzyści. Ojciec i syn szli lekkomyślnie ze srebrem, Jarno zaś ze złotem; tego nie opuszczać poczytał za rzecz najlepszą. Pochwycił więc natychmiast nastręczającą się okazję i gdy rozstając się, Jarno rzekł do niego:
— No, jak przyjdę do św. Józefa, to zobaczę, czyś uczciwy. Poszukam kamienia krzyżowego i ołtarza.
Fitz odpowiedział:
— Nic nie znajdziecie, a ja przecież uczciwym pozostanę. Kamień jest stamtąd, ale ja wszystkie kawałki wybrałem i schowałem je tu na górze. Jest to kamień cenny, bez niego nie można dobyć żadnego skarbu. Za kawałeczki małe płacą mi bardzo drogo. Miałeś pan słuszność, stąd poszła moja znajomość z owym chudym człowiekiem.
Nastąpiły nowe układy. Fitz zobowiązał się dostarczyć Jarnie, za jednego jeszcze dukata, potężny kawał tego rzadkiego kruszcu i to w niewielkiej odległości. Odradzał natomiast wycieczki do olbrzymiego zamku. Ponieważ jednak Feliks obstawał przy tym, zalecił tragarzowi, ażeby nie pozwolił podróżnym zapuszczać się zbyt głęboko, gdyż nikt by nigdy się nie wydostał z tych dziur i przepaści. Rozstano się, a Fitz obiecał spotkać się z nimi w czasie właściwym w salach olbrzymiego zamku.
Tragarz szedł naprzód, ci dwaj za nim. Ale zaledwie tamten uszedł trochę w górę, gdy Feliks zauważył, że nie idzie się drogą, którą wskazał Fitz. Tragarz atoli odpowiedział:
— Muszę to chyba lepiej wiedzieć, bo dopiero w tych dniach gwałtowna burza zniszczyła najbliższy pas lasu. Na krzyż zwalone na siebie drzewa tarasują tę drogę. Idźcie za mną, a zaprowadzę was, gdzie potrzeba.
Feliks skracał sobie uciążliwą ścieżkę żywymi krokami i skokami ze skały na skałę i cieszył się nabytą wiedzą, że przeskakuje z granitu na granit.