I tak posuwano się w górę, aż w końcu zatrzymano się na obalonych, czarnych kolumnach i ujrzano nagle przed oczyma zamek olbrzymi. Na samotnym szczycie sterczały ściany z kolumn; przystające do siebie kolumnady tworzyły furty przy furtach, chodniki po chodnikach.
Poważnie ostrzegał tragarz, żeby się tam nie zapuszczać, a widząc popielisko po swych poprzednikach, zajął się nieceniem pryskającego ognia w miejscu słonecznym, dającym widok rozległy. Kiedy — wedle zwyczaju na takich odpoczynkach — zaczął przygotowywać skromną ucztę, a Wilhelm, korzystając z obszernego widoku, zaznajamiał się dokładniej z okolicą, przez którą zamyślał wędrować, Feliks zniknął. Zapewne zabłąkał się na wyżynę; nie odpowiadał na wołanie i gwizdanie i nie pokazywał się wcale.
Lecz Wilhelm, który, jak przystoi pielgrzymowi, był przygotowany na różne wypadki, dobył ze swej torby myśliwskiej kłębek szpagatu, przywiązał go starannie i powierzył się nici przewodniej, za pomocą której powziął zamiar sprowadzenia syna swego. Tak szedł naprzód i kiedy niekiedy dął w piszczałkę — przez czas długi na próżno. Ale wreszcie wydobył się z głębi świst ostry, a wkrótce potem wyjrzał Feliks na ziemię z przepaści czarnego kamienia.
— Czy sam jesteś? — szepnął ostrożnie chłopiec.
— Sam jeden! — odparł ojciec.
— Podaj mi szczapy! Podaj mi polana! — rzekł chłopiec, a dostawszy je, zniknął, wołając trwożnie: — Nie wpuszczaj nikogo do jaskini.
Po niejakim czasie ukazał się znowu, żądając dłuższego i mocniejszego jeszcze drewna. Ojciec czekał tęsknie na rozwiązanie tej zagadki. Na koniec wyskoczył śmiałek z rozpadliny i przyniósł ze sobą skrzynkę nie większą od tomu w ósemce42, wyglądającą wspaniale, po staremu. Zdawało się, że jest ze złota, ozdobiona emalią.
— Schowaj to przy sobie, ojcze, i nie pokazuj nikomu!
Opowiedział potem pośpiesznie, jak z tajemnego, wewnętrznego popędu wczołgał się do owej rozpadliny i znalazł w dole przestrzeń na wpół jasną. Stała w niej, jak powiadał, duża, żelazna skrzynia, niezamknięta wprawdzie, ale której wieka nie można było podnieść, a uchylić się ledwie dawało. Aby nią móc zawładnąć, zażądał kawałków drzewa, ażeby je już to ustawić pod wiekiem jako podpory, już to wepchnąć jako kliny. W końcu znalazł wprawdzie skrzynię pustą, ale w jednym jej rogu była owa wspaniała szkatułka. Obiecali sobie nawzajem zachować o tym głęboką tajemnicę.
Minęło południe. Zjedzono cokolwiek, Fitz nie przyszedł jeszcze według przyrzeczenia, ale Feliks, niezmiernie niespokojny, chciał zdecydowanie oddalić się z miejsca, gdzie skarb zdawał się wystawiony na roszczenia ziemskie lub podziemne. Kolumny wyglądały dla niego czarniej, jaskinie — głębiej. Obarczony był tajemnicą, posiadaniem prawowitym czy nie, pewnym czy niepewnym? Niecierpliwość pędziła go z miejsca. Sądził, że pozbędzie się troski, jeśli zmieni miejsce.