Wybrali się drogą wiodącą ku owym obszernym dobrom wielkiego posiadacza ziemskiego, o którego bogactwie i dziwactwach tyle im naopowiadano. Feliks już nie skakał jak rano i wszyscy trzej godzinami całymi szli przed siebie. Parę razy chciał obejrzeć szkatułkę. Ojciec, wskazując na tragarza, przywoływał go do porządku. To wielce pragnął, żeby Fitz nadszedł, to znowu lękał się łotrzyka; to świstał, by sygnał podać, to mu żal było, że to zrobił. I tak wahanie się trwało wciąż, aż wreszcie Fitz z dala na piszczałce swej dał się słyszeć. Usprawiedliwiał ominięcie olbrzymiego zamku tym, że się spóźnił z Jarnem, że zerwanie się wiatru przeszkodziło mu. Potem wybadał dokładnie, jak im poszło wśród kolumn i jam i jak głęboko się wdarli. Feliks opowiadał mu jedną bajkę po drugiej, na wpół zuchwale, na wpół z zakłopotaniem. Spoglądał, uśmiechając się, na ojca, targał go ukradkiem i robił wszystko, by wyjawić, że ma jakąś tajemnicę i że udaje.

Dostali się wreszcie na drogę jezdną, która miała wygodnie ich zaprowadzić do owych posiadłości. Ale Fitz utrzymywał, że zna drogę bliższą i lepszą, na której tragarz nie chciał im towarzyszyć i poszedł prostym, szerokim, bitym gościńcem. Dwaj wędrowcy zaufali swawolnemu chłopakowi i sądzili, że zrobili dobrze, bo szło się stromo z góry przez las wysoko i smukło piennych modrzewi, który, stając się coraz przejrzystszy, pozwolił im w końcu oglądać najpiękniejszy majątek, jaki sobie wyobrazić można, w najsilniejszym oświetleniu słonecznym.

Wielki ogród, przeznaczony, jak się zdawało, wyłącznie na drzewa owocowe, rozciągał się wyraźnie, choć obficie zarosły drzewami, przed ich oczyma, pokrywając regularnie, w kilku działach, grunt wprawdzie w całości pochyły, ale różnorodnie to wzniesiony, to zagłębiony. Rozsianych tam było kilka domów mieszkalnych, tak że przestrzeń ta zdawała się należeć do różnych posiadaczy, chociaż, jak zapewniał Fitz, była ona własnością użytkowaną przez jednego pana. Za ogrodem widzieli krajobraz nieprzejrzany, uprawiony i roślinami pokryty. Jeziora i rzeki wyraźnie odróżnić mogli.

Spuszczali się z góry coraz bliżej, sądząc, że zaraz wejdą do ogrodu, gdy Wilhelm przystanął zdziwiony, a Fitz nie zdołał ukryć złośliwego zadowolenia. U stóp góry otwierała się przed nimi spadzista przepaść, a naprzeciwko ukazał się zakryty dotychczas mur wysoki, z zewnątrz dosyć stromy, chociaż od wewnątrz całkowicie z ziemią zrównany. Rów tedy głęboki dzielił ich od ogrodu, do którego zaglądali bezpośrednio.

— Musimy zrobić jeszcze duży zakręt — rzekł Fitz — jeżeli chcemy się dostać do gościńca, który tam prowadzi. Ale znam ja także wejście i z tej strony, którędy o wiele prędzej dojdziemy. Sklepienia, przez które woda górska w czasie deszczów wpada do ogrodu ujęta w karby, tu mają otwór. Są one dość wysokie i szerokie, żeby przejść nimi z jako taką wygodą.

Usłyszawszy o sklepieniach, Feliks nie mógł się obronić przed żądzą spróbowania tego wejścia. Wilhelm poszedł za dziećmi, zstępowali więc razem na dół po zupełnie suchych, wysokich stopniach tego sklepionego kanału. Znajdowali się to wśród jasności, to w ciemności, stosownie do tego, czy z bocznych otworów wpadało światło czy też było skryte za słupami i ścianami. Na koniec dostali się na miejsce dosyć równe i postępowali powoli, kiedy nagle w ich pobliżu padł strzał, a równocześnie dwie tajemne kraty wyskoczyły i zamknęły ich z obu stron. Ale nie całe towarzystwo — Wilhelm tylko i Feliks dostali się do niewoli. Bowiem, gdy tylko padł strzał, Fitz natychmiast odskoczył, a wyskakująca krata pochwyciła jedynie szeroki jego rękaw. On sam zaś, co prędzej kaftanik zrzuciwszy, umknął, nie zatrzymując się ani na chwilę.

Dwaj więźniowie zaledwie czas mieli ochłonąć ze zdziwienia, gdy usłyszeli głosy ludzkie, które zdawały się przybliżać z wolna. Wkrótce potem przystąpili uzbrojeni do kraty, z pochodniami i ciekawym spojrzeniem, jaki to połów im się dostał. Zaraz spytali, czy się poddają dobrowolnie.

— Tu nie może być mowy o poddaniu się — odparł Wilhelm. — Jesteśmy w mocy waszej. My raczej moglibyśmy spytać, czy nas zechcecie oszczędzić. Jedyną broń, jaką mamy przy sobie, wręczam wam.

To mówiąc, podał swój kordelas43 przez kratę. Ta się natychmiast otwarła. Poprowadzono spokojnie przybyszów ze sobą i jak gdyby kręconymi schodami wywiedzeni, znaleźli się niebawem w dziwnym miejscu. Był to obszerny, czysty pokój, oświetlony małymi okienkami znajdującymi się pod gzymsem, które — pomimo mocnych prętów żelaznych — rozlewały dosyć światła. O siedzeniach, posłaniach i o wszystkim zresztą, czego wymagać by można w skromnej jakiejś oberży, pomyślano tutaj; temu, kto się tu znalazł, wydawało się, iż mu niczego nie brak prócz wolności.

Zaraz po wejściu Wilhelm usiadł i rozmyślał nad sytuacją. Feliks natomiast, ochłonąwszy z pierwszego zdumienia, wpadł w niesłychaną wściekłość. Te strome mury, te wysokie okna, te mocne drzwi, to zamknięcie, to ograniczenie — były dla niego zupełną nowością. Oglądał się, biegał wte i wewte, tupał nogami, płakał, wstrząsał drzwiami i bił o nie pięściami. Ba, byłby zapewne czaszką o nie uderzył, gdyby go Wilhelm nie pochwycił i siłą nie przytrzymał.