— Rozejrzyj się w tym zupełnie spokojnie, mój synu — zaczął ojciec — bo niecierpliwość i gwałtowność nie wyrwą nas z tego położenia. Tajemnica się wyjaśni. Albo się strasznie mylę, albo nie popadliśmy w złe ręce. Rozważ te napisy: „Niewinnemu oswobodzenie i wynagrodzenie, zbłąkanemu litość, winnemu karząca sprawiedliwość”. Wszystko to pokazuje nam, że te zakłady są dziełem konieczności, a nie okrucieństwa. Człowiek aż zanadto ma powodów do bronienia się przed człowiekiem. Złego chcących jest bardzo dużo, zło czyniących niemało. Ażeby żyć, jak należy, nie dosyć jest zawsze tylko dobrodziejstwa świadczyć.

Feliks opamiętał się, ale też zaraz rzucił się na posłanie, nic już nie mówiąc i nie odpowiadając. Ojciec nie przestał i mówił dalej:

— Niech to doświadczenie, któremu ulegasz tak wcześnie i tak niewinnie, pozostanie żywym świadectwem, w jakim i w jak doskonałym urodziłeś się stuleciu. Jakąż to drogę przebyć musiała ludzkość, zanim doszła do tego, żeby nawet względem winnych być łagodną, względem przestępców wyrozumiałą, względem nieludzkich ludzką! Z pewnością byli to ludzie boskiej natury, co pierwsi tak nauczali, co życie na to poświęcili, by wykonanie tej nauki uczynić możliwym i przyśpieszyć. Ludzie rzadko są uzdolnieni do piękna, częściej do dobra. Jakżeż więc wysoko musimy stawiać tych, co z wielkimi ofiarami starają się je rozwijać.

Tych pocieszająco pouczających słów, które zupełnie jasno przedstawiały cel zamknięcia na osobności, Feliks nie słyszał. Leżał w śnie najgłębszym, piękniejszy i świeższy niż kiedykolwiek, namiętność bowiem, niełatwo go zresztą opanowująca, wypchnęła całe jego wnętrze na pełne policzki. Patrząc nań z przyjemnością, stał ojciec, kiedy wszedł przystojny młodzieniec, który przyjaźnie przypatrzywszy się chwilę przybyszowi, zaczął go wypytywać o okoliczności, które go wprowadziły na niezwykłą drogę i w tę pułapkę. Wilhelm opowiedział zdarzenie całkiem po prostu, wręczył mu parę papierów, służących do wyjaśnienia jego osoby, i powołał się na tragarza, który niebawem powinien by nadejść zwykłą drogą z innej strony.

Gdy się to wszystko rozświetliło, urzędnik poprosił gościa, by poszedł za nim. Feliksa niepodobna było obudzić, podwładni ponieśli go tedy na porządnym materacu na świeże powietrze — jak niegdyś uśpionego Ulissesa44.

Wilhelm poszedł za urzędnikiem do pięknego pokoju ogrodowego, gdzie zastawiono różne ochłody, które miał spożyć, gdy tamten udał się ze sprawozdaniem do wyższej instancji. Gdy Feliks, obudziwszy się, spostrzegł nakryty stolik, owoce, wino, sucharki, a zarazem swobodę drzwi otwartych, zrobiło mu się dziwnie na sercu. Wybiegł na dwór, wrócił, sądził, że wszystko mu się przyśniło. I wkrótce wobec tak dobrego pożywienia i tak przyjemnego otoczenia zapomniał o poprzednim przestrachu i całości udręczenia — jak o śnie ciężkim wobec pogodnego poranku.

Tragarz przybył. Urzędnik wrócił z nim i z jakimś innym, w podeszłym wieku, a jeszcze uprzejmiejszym człowiekiem, a rzecz wyjaśniła się w sposób następujący: pan tego majątku, dobroczynny w wyższym znaczeniu, tak że wszystko wkoło siebie pobudzał do czynu i działalności, dawał ze swych niezmiernych szkółek, od lat wielu, pilnym i starannym kolonistom młode latorośle darmo, opieszałym za pewną cenę, a tym, którzy nimi handlować chcieli, tak samo, tylko za niższą. Ale i te dwie klasy żądały za darmo, co otrzymywali darmo godni, a ponieważ im nie ustąpiono, starali się kraść latorośle. Udawało się to im w różny sposób. Gniewało to właściciela tym bardziej, że szkółki drzewne nie tylko rabowano, ale wskutek pośpiechu i niszczono. Wyśledzono, że złoczyńcy wchodzą kanałem, i dlatego to urządzono ową pułapkę kratową z samostrzałem, który miał służyć tylko za sygnał. Młody chłopak pod różnymi pozorami kilkakrotnie pokazywał się w ogrodzie i rzecz najbardziej naturalna, iż z zuchwalstwa i złośliwości chciał prowadzić obcych drogą, którą przedtem odnalazł dla innego celu. Życzono sobie pochwycić go osobiście, tymczasem złożono jego kaftan pomiędzy inne sądowe przedmioty.

Rozdział piąty

W drodze do zamku nie znalazł przyjaciel nasz, ku swemu zdziwieniu, nic, co by podobne było do dawnego wirydarza45 lub nowoczesnego parku. W prostej linii zasadzone drzewa owocowe, grzędy warzywne, wielkie kawałki zajęte przez zioła lecznicze i co tylko mogło być poczytywane za użyteczne, objął on jednym spojrzeniem na łagodnie pochylającej się płaszczyźnie. Plac, ocieniony wysokimi lipami, rozciągał się wspaniale jako przedsionek okazałego gmachu. Długa, przytykająca do niego aleja, o jednakiej drzew wysokości i piękności, dawała o każdej dnia godzinie możność przebywania i przechadzania się na świeżym powietrzu. Wchodząc do zamku, znalazł ściany sieni pokryte w sposób szczególny; wielkie karty geograficzne czterech części świata wpadły mu w oko. Pyszne ściany przy schodach były ozdobione również zarysami państw poszczególnych, a wpuszczony do głównej sali znalazł się otoczony widokami miast najważniejszych, ujętymi z góry i z dołu krajobrazowymi odtworzeniami okolic, w których miasta te leżały. Wszystko wykonane artystycznie, tak że szczegóły wpadały wyraźnie w oczy, a zarazem dawała się dobrze zauważyć łączność nieprzerwana.

Pan domu, mały, żywy człowieczek w latach podeszłych, powitał gościa i zapytał, bez żadnego wstępu, wskazując ściany, czy mu które z tych miast nie jest znane i czy kiedyś się w nich nie zatrzymywał. O niejednym mógł przyjaciel nasz zdać teraz dostateczną relację i dowieść, że wiele miejsc nie tylko widział, ale umiał nadto zauważyć ich stosunki i właściwości.