Namiętnie zdecydowany wypadł młodzieniec z pokoju. Piękna-Dobra położyła swą rękę na chłodnej piersi swego ojca.
— Nie należy się spodziewać na bliską metę — zawołała — ale w dal. To było jego błogosławieństwo. Zaufajmy Bogu, każdy sobie samemu i drugiemu, tym sposobem wszystko da się uporządkować.
Rozdział czternasty
Przyjaciel nasz z wielkim zainteresowaniem czytał, co poprzedziło, ale wyznać zarazem musiał, że już przy zakończeniu poprzedniego zeszytu przeczuwał, ba, domyślał się, że dobrą istotę odkryto. Opis stromej okolicy górskiej przeniósł go najpierw w owe stosunki, szczególnie jednak wprowadziło go na ślad przeczucie Leonarda wśród owej nocy księżycowej oraz powtórzenie słów z jego listu. Fryderyk, któremu on to wszystko przedstawił szczegółowo, przystał na to z ochotą.
Ale tutaj obowiązek opowiadania, przedstawiania, wykładania i skupiania staje się coraz trudniejszy. Któż nie czuje, że tym razem zbliżamy się do końca? Przy czym obawa nierozpraszania się w szczegółach oraz życzenie niezostawiania niczego bez rozwinięcia wprawia nas w rozdwojenie. Depesza, która właśnie co nadeszła, powiadomiła nas wprawdzie o niejednej rzeczy, lecz listy i różnorodne dodatki zawierały rozmaite wiadomości, niebudzące zainteresowania ogólnego. Umyśliliśmy więc zarówno to, cośmy wówczas wiedzieli i poznali, jak i to, co doszło później do wiadomości naszej, zebrać razem i w tym kierunku spokojnie zakończyć przyjęte, poważne zadanie wiernego sprawozdawcy.
Przede wszystkim winniśmy tedy zawiadomić, że Lotariusz z żoną swoją, Teresą, i z Natalią, która nie chciała rozstać się z bratem, w towarzystwie opata już rzeczywiście udali się w stronę morza. Odjechali wśród wróżb szczęśliwych i spodziewać się można, iż wiatr pomyślny dmie w ich żagle. Zabierają ze sobą jedyne niemiłe uczucie, prawdziwą żałobę moralną, że nie mogli przedtem złożyć odwiedzin Makarii. Zboczenie z drogi zbyt było wielkie, przedsięwzięcie zbyt ważne — już się wynurzało pewne ociąganie się i trzeba było poświęcić konieczności święty nawet obowiązek.
My atoli, ze swego stanowiska opowiadacza i malarza, nie powinni byśmy dać tym drogim osobom, które nas dawniej taką przejmowały przychylnością, odjeżdżać na tak znaczną odległość, nie udzieliwszy dokładniejszej wiadomości o ich dotychczasowych zamiarach i działaniach — zwłaszcza, żeśmy od tak dawna żadnych szczegółów o nich nie posłyszeli. Opuszczamy to jednakże, ponieważ dotychczasowe ich zatrudnienie było tylko przygotowaniem do wielkiego przedsięwzięcia, ku któremu widzimy ich sterujących. Żywimy wszakże nadzieję, że z zadowoleniem odnajdziemy ich kiedyś wśród pełni działalności uporządkowanej, objawiającej prawdziwą wartość rozmaitych ich charakterów.
Julisia, myśląca dobroć, którą sobie chyba przypominamy jeszcze, wyszła za człowieka wedle serca stryja, człowieka współdziałającego i dalej działalność rozwijającego w jego duchu. W ostatnich czasach bywała często u ciotki, gdzie się zbierało kilku z tych, na których miała ona wpływ dobroczynny — nie tylko takich, co pozostają wierni stałemu lądowi, ale i takich, co zamyślają udać się za morze. Leonard natomiast już dawniej się pożegnał, wraz z Fryderykiem. Wiadomość, zakomunikowana przez posłańca, tym żywsze zrobiła wrażenie.
Jeżeli zatem w wykazie gości brakło owych szlachetnych, wyżej wymienionych, to można było w nim znaleźć kilka ważnych i znanych nam już lepiej osób. Hilaria przybyła z mężem, który występował już jako kapitan i wielce bogaty właściciel dóbr. Wielkim wdziękiem swoim i uprzejmością uzyskała tu — jak i wszędzie — chętne przebaczenie za zbyteczną łatwość, z jaką zmieniała przedmioty swego zainteresowania, a jakiej winną widzieliśmy ją w przebiegu opowiadania. Mężczyźni zwłaszcza nie bardzo za to na nią nastawali. Wady takiej, jeżeli nią jest, nie poczytują oni za gorszącą, gdyż każdemu pozwala ona pragnąć i spodziewać się, żeby i na niego przyszła kolej.
Flavio, jej małżonek — tęgi, rześki i dosyć miły — całkowicie, zdawało się, opanował jej skłonność. Zapewne przebaczyła także sama sobie przeszłość swoją, a i Makaria nie znajdowała powodu, by wspominać o niej. On, będąc wciąż namiętnym poetą, wyprosił sobie, by przy rozstaniu mógł odczytać wiersz, który na cześć jej samej i jej otoczenia stworzył w ciągu kilku dni pobytu tutaj. Widywano go często przechadzającego się po dworze. Przystawał na chwilę, to znów z żywymi gestami kroczył naprzód, pisał w pugilaresie, myślał i pisał znowu. Ale teraz, zdawało się, uważał wiersz za skończony, wyraziwszy za pośrednictwem Anieli owo życzenie.