Dobra pani, lubo niechętnie, przychyliła się do tego. Nadało to, bądź co bądź, rozgłos, choć przez to niczego się więcej nie dowiedziano nad to, co już było wiadome, i nic więcej nie poczuto nad to, co już przedtem czuto. W każdym razie deklamacja była swobodna i miła, zwroty i rymy czasami nowe, chociaż co do całości można by było życzyć sobie, iżby trochę krótsza była. W końcu podał ten wiersz, bardzo pięknie napisany na papierze z obwódką, i rozstano się z całkowitym wzajemnym zadowoleniem.

Para ta wróciła była ze znacznej, dobrze spożytkowanej podróży na południe, by ojca, majora, w domu zluzować, gdyż i ten, ożeniwszy się z ową nieodparcie czarującą kobietą, pragnął także zaczerpnąć dla orzeźwienia nieco z owego rajskiego powietrza.

Tych dwoje przybyło tu również na zmianę, a że — jak zawsze — rzecz godna uwagi cieszyła się u Makarii szczególną łaską, która się na tym mianowicie zasadzała, iż dama przyjmowana była w pokojach wewnętrznych i sama, to i major zasłużył sobie następnie na te względy. Przedstawił się jako wykształcony wojskowy, dobry gospodarz na roli i w domu i dobry przyjaciel literatury, a nawet jako godny pochwały poeta dydaktyczny; i doznał dobrego przyjęcia od astronoma i innych domowników.

Wyróżniony też był zaszczytnie nawet przez naszego starego pana, czcigodnego stryja, który, mieszkając niezbyt daleko, przebywał tutaj dłużej teraz niż zazwyczaj, lubo tylko na godziny, bo nigdy nie można go było nakłonić do spędzenia tu nocy, chociażby największą zapewniono mu wygodę.

Atoli w takich krótkich zetknięciach się obecność jego niezmiernie była przyjemna, gdyż jako światowiec i dworak lubił występować pobłażliwie i pośrednicząco. Przy czym nawet pewien rys pedanterii arystokratycznej nie sprawiał niemiłego wrażenia. Zadowolenie jego tym razem wychodziło z głębi — był szczęśliwy, jak czujemy się wszyscy, kiedy mamy do obrobienia rzecz ważną z ludźmi rozsądnie rozumnymi. Rozległa sprawa była w całkowitym biegu, poruszała się stale wedle utrzymywanego wciąż porozumienia.

Z niej podamy tylko momenty zasadnicze. Jest on posiadaczem ziemi tam, za morzem, już odziedziczonej po przodkach swoich. Co to ma znaczyć, niech znawca tamtych stosunków objaśni dokładniej przyjaciołom swoim, gdyżby to nas zbyt daleko zaprowadziło. Te ważne posiadłości były do tej pory w dzierżawie i, prócz różnych nieprzyjemności, mało przynosiły dochodu. Towarzystwo, które znamy dostatecznie, ma upoważnienie do zajęcia ich wśród najdoskonalszego urządzenia społecznego. A stąd, jako wpływowy członek państwa, upatrzyć może swe korzyści i rozszerzyć się daleko w nieuprawianej dotąd puszczy. Tu mianowicie chcą się dać poznać Fryderyk i Leonard, by pokazać, jak trzeba zaczynać od początku i wejść na drogę naturalną.

Zaledwie wymienieni tutaj oddalili się nadzwyczaj zadowoleni z tego miejsca pobytu, zgłosili się goście zupełnie innego rodzaju, lecz także pożądani. Nie spodziewaliśmy się widzieć Filiny i Lidii, wstępujących w tak święte miejsce, a jednak one przyjechały. Montan, bawiący wciąż jeszcze w górach, miał po nie tu przybyć i najbliższą drogą wyprawić na morze. Obie przyjęte zostały bardzo dobrze przez gospodynie, szafarki i inne wspólnie pracujące i zamieszkujące kobiety. Filina przywiozła ze sobą parę najmilszych dzieci. A odznaczała się tym szczegółem w prostym, ale powabnym ubiorze, iż przy pasku w kwiaty haftowanym na długim, srebrnym łańcuszku nosiła angielskie nożyczki średniej wielkości, którymi niekiedy, jakby na wypowiedź swoją chcąc położyć nacisk, strzygła w powietrzu i pobrzękiwała, rozweselając tym ruchem wszystkich obecnych. Po czym zaraz następowało pytanie, czy by wśród tak dużej rodziny nie było czegoś do przykrojenia? A wtedy się okazało, że dogodnie dla takiej czynności miała być szyta wyprawa dla pary narzeczonych. Filina spogląda więc na strój miejscowy, każe dziewczętom przechodzić przed sobą w tę i ową stronę i wciąż kraje. Przy czym atoli, postępując pomysłowo i ze smakiem, lubo nie odbiera bynajmniej charakteru takiemu strojowi — umie właściwą mu sztywność barbarzyńską pogodzić z wdziękiem tak łagodnie, że ubrane w ten sposób dziewczęta więcej się sobie i innym podobają i pokonują lękliwość, żeby się nie oddalać od rzeczy tradycyjnie przyjętych.

Tu nadeszła z doskonałą pomocą Lidia, która szyć umiała z podobną zręcznością, ozdobnością i szybkością. Można się było spodziewać, że za współudziałem reszty niewiast ujrzy się narzeczonych wystrojonych szybciej, niż myślano. Dziewczęta nie mogły się wtedy oddalać na długo; Filina zajmowała się nimi aż do drobiazgów, traktując je jak lalki lub statystki teatralne. Kupy wstążek i inne, zwykłe w sąsiedztwie, stroje świąteczne zostały, jak należy, rozdzielone. I osiągnięto tym sposobem w końcu to, że te czerstwe ciała i ładne figury, dawniej przykryte barbarzyńską pedanterią, teraz wyszły w pewnej mierze na widok — przy czym wszelka tęgość doprowadzona przecież została do niejakiego wdzięku.

Atoli zbyt czynne osoby stają się w równomiernie uregulowanych stosunkach przykre. Filina ze swymi żarłocznymi nożyczkami wdarła się do pokojów, gdzie się znajdowały obfite zapasy na odzież dla dużej rodziny — w materiałach wszelkiego rodzaju. W widokach skrajania tego wszystkiego znalazła największą swą szczęśliwość. Musiano ją istotnie stamtąd oddalić i drzwi mocno zamknąć, gdyż nie znała ani miary, ani celu. Aniela nie chciała z tego rzeczywiście powodu być traktowana jako narzeczona, bała się bowiem takiej krojczyni. W ogólności stosunek między obydwiema nie mógł się zawiązać pomyślnie. Ale o tym później dopiero może być mowa.

Montan dłużej, niż przypuszczano, ociągał się z przybyciem, a Filina nastawała na to, by ją przedstawiono Makarii. Zrobiono to, spodziewając się, że tym wcześniej się jej następnie pozbędą. I było dosyć zastanawiającą rzeczą widzieć dwie grzesznice u stóp świętej. Klęczały one po obu jej bokach, Filina między swymi dziećmi, które sama z wdziękiem pochyliła ku ziemi. Ze zwykłą sobie pogodą ducha rzekła: