— Jest moim zwyczajem płacić za obiad jakąś pracą i jeżeli brak mi pieniędzy, żądam igieł od gospodyń. Pozwól mi, pani — dodała — żebym na krosienkach pani zostawiła kwiat, byś potem, spoglądając nań, raczyła przypomnieć sobie biedną nieznajomą.

Panna Revanne odparła na to, iż jej bardzo przykro, że nie ma rozciągniętego tła i że musi odmówić sobie przyjemności podziwiania jej uzdolnienia. Wówczas pielgrzymka zwróciła wzrok na klawikord.

— To spłacę dług swój — rzekła — monetą wietrzną, jak to od dawna już było zwyczajem wędrownych śpiewaków.

Spróbowała instrumentu w dwu czy trzech przygrywkach, które zapowiadały rękę bardzo wprawną. Już nie wątpiono, że jest panną wysokiego rodu, obdarzoną wszystkimi przyjemnymi talentami. Z początku gra jej była żywa i świetna. Potem przeszła do tonów poważniejszych, do tonów głębokiej boleści, którą równocześnie spostrzeżono w jej oczach. Zalały się one łzami, twarz jej zmieniła się, a palce zatrzymały. Lecz nagle zadziwiła wszystkich, wyśpiewując najpiękniejszym w świecie głosem wesoło i śmiesznie pustą piosenkę. Ponieważ potem miano powód do mniemania, iż ta komiczna romanca49 cokolwiek bliżej ją obchodzi, to wybaczą czytelnicy, iż zostanie tu załączona.

Cóż to tam w płaszczu tak się rucha,

Kiedy na wschodzie ledwie brzask?

Czyżby druh, gdy dmie zawierucha,

W zbożnej pielgrzymce szukał łask?

Któż go to kapelusza zbawił?

Miałżeby z chęci bosy bieg?