Na przykład, kiedyśmy mówili o jej nieszczęściu, ona odpowiadała: „Nieszczęście pada na dobrych i złych. Jest to skuteczne lekarstwo, które działa zarówno na dobre soki, jak i na złe”. Kiedyśmy usiłowali odkryć przyczynę jej ucieczki z domu rodzicielskiego, ona mówiła z uśmiechem: „Jeżeli sarna ucieka, to nie ona temu winna”. Kiedyśmy pytali, czy doznała prześladowań, odpowiadała: „Jest to losem wielu panien dobrego rodu doznać i wycierpieć prześladowania. Kto płacze z powodu obrazy, tego spotkają inne”. Ale jak się mogła zdecydować, by życie swe wystawiać na grubiaństwo tłumu albo co najmniej zawdzięczać je niekiedy jego litości? Na to śmiała się znowu, mówiąc: „Biednemu, który pozdrawia bogatego przy obiedzie, nie brak rozsądku”.
Raz, gdy się rozmowa skłaniała ku żartom, mówiliśmy jej o kochankach i zapytaliśmy, czy też nie zna zmarzniętego bohatera swojej romancy. Słowo to, pamiętam jeszcze doskonale, zdało się ją przeszywać. Wpatrzyła we mnie parę swych oczu tak poważnie i surowo, że moje nie mogły wytrzymać takiego spojrzenia. I w ogóle ilekroć potem mówiło się o miłości, to można było oczekiwać, iż się zobaczy zmącenie wdzięku w jej zachowaniu się i żywości jej ducha. Zaraz wpadała w zamyślenie, które poczytywaliśmy za objaw gniewu, a które zapewne bólem tylko było. Pozostała jednak ogólnie pogodna, tylko bez wielkiej żywości, szlachetna bez ubiegania się o wyraz dostojności, prosta bez otwartości, zamknięta w sobie bez trwożliwości, raczej cierpliwa niż łagodna i bardziej niż serdeczna, wdzięczna za pieszczoty i grzeczności. Z pewnością była to kobieta wykształcona na to, by przewodniczyć wielkiemu domowi. A przecież nie wydawała się starsza niż lat dwadzieścia jeden.
Tak się przedstawiała ta młoda, nieodgadnięta osoba, która mną całkiem zawładnęła w ciągu dwóch lat, jakie podobało się jej u nas zabawić. Aż skończyła głupstwem, które o wiele bardziej jest osobliwe, niż były jej zalety zaszczytne i świetne. Syn mój, młodszy ode mnie, będzie się mógł pocieszyć. Co do mnie, to lękam się, czy nie będę na tyle słaby, by mi jej brakło na zawsze.
Opowiem tedy o głupstwie rozsądnej kobiety, aby okazać, że głupstwo często nie bywa niczym innym, jak rozumem pod inną powierzchownością. Prawda to, że łatwo zauważyć szczególną sprzeczność pomiędzy szlachetnym charakterem pielgrzymki i komicznym podstępem, jakim się posłużyła. Ale znamy już przecież dwie jej nierówności: samo wędrowanie i piosenkę.
Jasną jest rzeczą, że pan Revanne zakochał się w nieznajomej. Zapewne nie mógł już polegać na swej pięćdziesięcioletniej twarzy, chociaż wyglądał tak świeżo i rześko jak trzydziestolatek, ale spodziewał się może podobać swoim czystym, dziecięcym zdrowiem, swoją dobrocią, pogodą, łagodnością, szlachetnością swego charakteru, a może nawet majątkiem swoim, lubo dosyć tkliwy był na to, by odczuć, że się nie kupuje tego, co nie ma ceny. Z drugiej atoli strony syn — przyjemny, czuły, ognisty — nie namyślając się dłużej od ojca, bez opamiętania rzucił się w awanturę. Z początku starał się oględnie pozyskać nieznajomą, która mu dopiero wskutek pochwał i przyjaźni ojca oraz ciotki stała się droga naprawdę. Szczerze się ubiegał o łaskę kobiety, która namiętności jego wydała się o wiele wyższa ponad obecny stan niewiast. Jej surowość, bardziej niż jej zalety i piękność, rozpłomieniała go. Odważył się mówić, zabiegać, obiecywać.
Ojciec mimo woli dawał swojemu staraniu się zawsze pozór nieco ojcowski. Znał siebie, a poznawszy swego współzawodnika, nie spodziewał się go zwyciężyć, jeśliby się nie chwycił środków, które nie przystoją mężowi rządzącemu się zasadami. Mimo to szedł swoją drogą, chociaż wiedział, że dobroć, a nawet majątek, są to powaby, którym się kobieta oddaje z rozwagą, ale które są zgoła nieskuteczne, skoro się ukaże miłość z urokiem i w towarzystwie młodości. Przy tym popełnił pan Revanne inne błędy, których potem żałował. Obok przyjaźni pełnej uszanowania, mówił o trwałym, tajemnym, prawowitym związku. Uskarżał się nawet i wypowiedział słowo „niewdzięczność”. Z pewnością nie znał tej, którą kochał, gdy razu pewnego rzekł do niej, że wielu dobroczyńców otrzymywało zło za dobro. Ona odpowiedziała mu po prostu, że wielu dobroczyńców chciałoby swoim pupilom odebrać wszystkie prawa za soczewicę.
Piękna nieznajoma, uwikłana w starania dwóch przeciwników, kierowana nieznanymi pobudkami, nie miała, zdaje się, innego zamiaru nad oszczędzenie sobie i innym głupstw niesmacznych, chwytając się wśród tych przykrych okoliczności dziwnego wybiegu. Syn nalegał ze śmiałością swego wieku i groził, jak zazwyczaj, że życie swoje poświęci dla nieubłaganej. Ojciec, mniej trochę nierozumny, był przecież równie natarczywy. Szczerzy byli obaj. Ta miła istota mogłaby tu była zapewnić sobie zasłużone stanowisko, gdyż obaj panowie Revanne zapewniają, iż ich zamiarem było pojęcie jej za żonę.
Atoli na przykładzie tej dziewczyny niech się nauczą kobiety, że chociażby umysł był omamiony próżnością albo rzeczywistym obłędem, to serce uczciwe nie drażni ran serdecznych, których uleczyć nie chce. Pielgrzymka czuła, że się znajduje na samym skraju, gdzie jej niełatwo będzie bronić się długo. Była w mocy dwóch kochających, którzy wszelką natarczywość mogli usprawiedliwić czystością zamiarów swoich, ponieważ chcieli zuchwalstwo swoje uprawnić związkiem uroczystym. Tak było i tak to ona zrozumiała.
Mogła się była oszańcować za panną Revanne. Zaniechała tego, bez wątpienia oszczędzając i szanując dobroczyńców swoich. Nie traci jednak pewności siebie, wymyśla środek, by każdy cnotę swą zachował, gdy ona o swojej wątpić pozwala. Obłąkana jest z wierności, na którą kochanek z pewnością nie zasługuje, jeżeli nie odczuwa tych wszystkich poświęceń, chociażby miały mu pozostać nieznane.
Dnia pewnego, kiedy pan Revanne trochę nazbyt żywo odwzajemnił przyjaźń i wdzięczność, jaką mu okazywała, nagle przybrała minę naiwną, która go zdziwiła.