— Dobroć pańska — rzekła — trwoży mnie. Niech pan pozwoli szczerze wyjawić dlaczego. Czuję to dobrze, że panu tylko wszelka ode mnie należy się wdzięczność, ale doprawdy...
— Okrutna dziewczyno! — rzekł pan Revanne — rozumiem cię. Syn mój wzruszył serce twoje.
— Ach, panie! Na tym nie koniec. Mogę tylko zmieszaniem swoim wyrazić...
— Jak to, panno, byłaż byś...
— Myślę, że tak — odrzekła, głęboko się kłaniając i łzę upuszczając, bo nigdy nie brak łez kobietom przy ich podstępach, nigdy nie brak uniewinnienia ich niewłaściwego postępku.
Jakkolwiek zakochany był pan Revanne, musiał przecież podziwiać ten nowy sposób niewinnej szczerości pod czepeczkiem matczynym i uznał ukłon za zupełnie stosowny.
— Ale, proszę pani, to dla mnie nie do pojęcia...
— I dla mnie także — odpowiedziała, a łzy popłynęły obficiej.
Płynęły póty, aż pan Revanne, w zakończeniu bardzo przykrego rozmyślania, ze spokojniejszą miną zabrał głos na nowo, mówiąc:
— To mnie oświeca! Widzę, jak śmieszne są moje wymagania. Nie robię pani żadnych wyrzutów, a jako jedyną karę za ból, jaki mi sprawiasz, obiecuję pani z jego dziedzictwa tyle, ile potrzeba, ażeby się dowiedzieć, czy on tak mocno kocha panią jak ja.