— Czujesz pani moje zmieszanie, moje zakłopotanie. Wciąż jestem jakby we śnie, obudź mnie pani.
Julia:
— Popatrz pan na ładnych chłopów, jak oni przyjaźnie witają. Bawiąc tutaj, nie poszedłeś pan do górnej części wsi. Wszystko to ludzie zamożni i wszyscy mi sprzyjają. Nie ma zbyt bogatego, któremu by z życzliwości nie można było wyświadczyć znacznej usługi. Tę drogę, którą tak wygodnie jedziemy, urządził mój ojciec, a więc dokonał czegoś dobrego.
Lucydor:
— Chętnie temu wierzę i przyznaję. Ale cóż mają te zewnętrzności wspólnego z zamętem mego wnętrza!
Julia:
— Cierpliwości tylko. Pokażę panu bogaczów świata i ich wspaniałość. Jesteśmy tedy na górze! Jak widocznie rozciąga się płaszczyzna naprzeciw wzgórz! Wszystkie te wioski wiele zawdzięczają ojcu memu, a także matce i córkom. Niwa owego tam miasteczka stanowi dopiero granicę.
Lucydor:
— Widzę panią w osobliwym nastroju. Zdaje się, nie mówisz pani naprawdę tego, co byś powiedzieć chciała.
Julia: