— A teraz spojrzyj pan tu, na lewo, jak pięknie się to wszystko rozwija! Kościół ze swymi wysokimi lipami, dom rządowy ze swymi topolami poza pagórkiem wioskowym. A i ogród, i park leżą przed nami.

Pocztylion jechał ostrzej.

Julia:

— Ową tam salę, na górze, znasz pan. Widać ją stąd tak dobrze, jak okolicę stamtąd. Tu, pod drzewem, staniemy. Otóż tu właśnie odzwierciedlamy się tam na górze na dużej powierzchni szklanej. Widać nas tam doskonale, ale my nie możemy się rozpoznać. Jedź dalej! Tam niedawno odzwierciedliła się prawdopodobnie z bliska para ludzi, i jeśli się nie mylę, z wielkim zadowoleniem wzajemnym.

Lucydor, markotny, nic nie odpowiadał. Przez czas jakiś jechali dalej w milczeniu, a jechali bardzo szybko.

— Tu się zaczyna zła droga — rzekła Julia — około niej możesz się pan kiedyś zasłużyć. Zanim spuści się na dół, spojrzyj pan jeszcze w górę: buk matki mojej ze swym wspaniałym wierzchołkiem wznosi się ponad wszystkim... Zajedziesz — powiedziała do powożącego — złą drogą. My pójdziemy ścieżką przez dolinę i będziemy wcześniej od ciebie.

Wysiadając, zawołała:

— Przyznasz pan chyba, że ten Żyd Tułacz, ten niespokojny Antoni podróżnik umie dosyć wygodnie urządzać swoje pielgrzymki, dla siebie i swych towarzyszy. Piękny to i wygodny powóz.

I to mówiąc, zeszła już z pagórka. Lucydor szedł za nią zamyślony i ujrzał ją siedzącą na dobrze położonej ławce — było to siedzenie Lucyndy. Zaprosiła go do siebie.

Julia: