Julia:
— Niebawem będzie zdemaskowany. Pan sam!... Masz pan chwalebne czy niechwalebne przyzwyczajenie rozmawiania z samym sobą. Otóż w imieniu nas wszystkich wyznać muszę, żeśmy po kolei podsłuchiwały pana.
Lucydor, zrywając się:
— Ładna gościnność, w ten sposób zastawiać pułapkę na obcego!
Julia:
— Wcale nie. Nie myśleliśmy śledzić pana, tak samo jak nikogo w ogóle. Wiesz pan, łóżko pańskie stoi we framudze ściany. Z drugiej zaś strony jest także zagłębienie, które zazwyczaj służy za składzik domowy. Na dni kilka przedtem zmusiliśmy naszego staruszka, żeby spał tam, ponieważ za dużo mieliśmy z nim kłopotu w jego odległej pustelni. Otóż zaraz pierwszego wieczoru wyrwałeś się pan z owym namiętnym monologiem, którego treść opowiedział nam nazajutrz jak najbardziej szczegółowo.
Lucydor nie miał ochoty przerywać jej. Oddalił się.
Julia, powstawszy, szła za nim:
— Jakżeż nam posłużyło to oświadczenie! Bo wyznaję chętnie: chociaż mi pan nie byłeś po prostu wstrętny, to przecież położenie, jakie mnie czekało, nie było przez mnie zgoła pożądane. Być panią oberamtmanową, co za okropna sytuacja! Mieć dzielnego, uczciwego męża, który musi ludzi prawem raczyć, a wobec samego prawa nie może dojść do sprawiedliwości! Który ani ku górze, ani ku dołowi nikomu nie dogodzi, a co najgorsza, nawet sobie samemu! Wiem, co matka moja wycierpiała z powodu nieprzekupności i niewzruszoności mego ojca. Na koniec, niestety po jej śmierci, zeszło nań pewne złagodnienie. Zdawało się, że się ze światem porozumiewa, że się z nim godzi, kiedy do tej pory na próżno go zwalczał.
Lucydor, nadzwyczaj niezadowolony z tego zajścia i zły z powodu lekkomyślnego traktowania, stanął: