— Wiem już teraz, co znaczy śmierć szczęśliwa!
Babka nie odpowiedziała, ale słowa te utkwiły jej w pamięci.
Po chwili Heidi rzekła:
— Już ciemno! Muszę wracać, ale cieszę się, że ci lepiej, babko!
Staruszka ujęła jej dłoń, mówiąc:
— Dobrze mi już, Heidi, chociaż muszę leżeć. O, nie masz pojęcia, jak smutno jest opuszczonemu, który pozbawiony ludzkiego słowa, nie widzi ponadto promyka słońca. Przygnębiony, sądzi taki człowiek, że już nie ma dla niego ratunku. Gdy jednak słucham twego czytania, robi mi się jasno i lekko, a potem hymny brzmią w duszy jako wspomnienie.
Babka puściła jej rękę, a dziewczynka wybiegła, nawołując Pietrka, gdyż zapadła noc. Ale księżyc świecił jasno, tak że wydawało się, iż świta. Pietrek ustawił sanki, siadł na przodzie, Heidi za nim i ruszyli na dół, jakby lecieli na skrzydłach.
Leżąc na sianie przy ciepłym piecu wspomniała raz jeszcze babkę, której było tak niewygodnie leżeć. Słowa, jakie zamieniły, nie wychodziły jej z myśli, chciałaby była całe dnie spędzać na pocieszaniu staruszki, ale była zima i następna wizyta mogła w razie niepogody przypaść za jakieś dwa tygodnie. Rozmyślała coraz smutniej, co zrobić, by babka słyszała codziennie bodaj jeden hymn. W końcu jednak znalazła ratunek i tak ją to rozradowało, że ledwie mogła doczekać ranka, żeby wykonać swój zamysł. Nagle przypomniała sobie, że nie zmówiła dotąd pacierza, usiadła więc i zaniosła modły do Boga, nie chcąc go porzucać nawet na jeden dzień.
Pomodliwszy się za siebie, dziadka i babkę, położyła się na miękkim sianie i zasnęła, nie budząc się aż do samego świtu.