— Jeśli ci tak bardzo na tym zależy, moje dziecko, to chodź ze mną.

Chłopiec usiadł na progu, gdyż nie chciał iść.

Prowadzona przez dozorcę Heidi musiała przebyć mnóstwo schodów, coraz to węższych, zanim się dostała na sam szczyt. Dozorca podniósł ją do wysoko umieszczonego okna.

— Patrz teraz! — powiedział.

Heidi zobaczyła mnóstwo dachów wież, kominów. Po chwili cofnęła się i rzekła tonem przygnębienia:

— Nie tego się spodziewałam!

— A widzisz! Takie dziecko jak ty nie ma pojęcia o widoku. Sprowadzę cię teraz na dół. Ale nie dzwoń już po raz drugi do żadnej wieży!

Postawił Heidi na podłodze i zaczął schodzić na dół, ona zaś szła za nim. W miejscu, gdzie schody się rozszerzały, była izdebka strażnika, o skośnym pułapie. Blisko progu stał spory kosz, przy nim zaś siedziała gruba, bura kotka i mruczała głośno. W koszu mieściły się jej dzieci, dlatego też ostrzegała w ten sposób przechodniów, by się nie wdawali w jej sprawy domowe. Heidi przystanęła, patrząc z podziwem na kotkę, tak wielką, jakiej dotąd nie widziała w życiu. W starej wieży żyło mnóstwo myszy, toteż kotka pożerała codziennie bez wielkiego trudu tuzin mysich pieczeni. Dozorca zauważył podziw dziewczynki i rzekł:

— Chodź! Ona nie zrobi ci nic złego. Obejrzysz młode kocięta.

Heidi podeszła do kosza i zaraz ogarnął ją zachwyt.