Oprócz łóżka i niewielkiego stolika, na którym talerz stał z jedzeniem nietkniętym i dzbanuszek kubkiem nakryty — ława tylko w oknie wgłębionym i parę półek były całym sprzętem małej celi.

Łóżko zasłane było kołdrą wełnianą — twarde i wąskie. Na nim, z nogami spuszczonymi, z głową w ręce zanurzoną, siedział młody chłopak, lat około siedemnastu mieć mogący, na swój wiek wyrosły bujnie, ale wychudły.

Włos, krótko przystrzyżony, jasny, najeżony i bezładnie porozrzucany, okrywał dość piękną głowę jego, która, podniesiona ku wchodzącym i zwrócona ku nim twarzą, wyrazem smutnym politowanie wzbudzała. Oczy miał wpadłe głęboko, policzki ściągnięte, usta zaklęsłe, czoło pomarszczone.

Piękne rysy młodzieńcze ból jakiś czynił sympatycznymi, ale groźnymi razem. Spod powiek patrzała gorączkowa niecierpliwość, znękanie i wyraz walki wewnętrznej, tłumionej w sobie.

Skromny przyodziewek, na pół mniszy — pół rycerski, suknie, przylegające ciasno, dawały rozpoznać budowę ciała silną, kościstą, ale wychudzoną i zeschłą.

Na widok wchodzących, brwi mu się ściągnęły mimowolnie i natychmiast stanął na nogi, z poszanowaniem głowę spuszczając; lecz zachwiał się i o stół oprzeć musiał.

Brat Bernard, którego oblicze zwykle było surowym, starał się, wysilając na próżno, złagodzić wyraz jego i z dobrocią zbliżył się ku chłopcowi16.

— Cóż to? słyszę, żeście jeszcze dotąd chorzy! — rzekł, głos miarkując. — To źle! Cóż wam jest? Ojciec Sylwester nic mi powiedzieć nie umie!

Młodzian, stojąc z oczyma w ziemię wlepionymi, milczał.

Szpitalnik tymczasem spojrzał na nietknięte jadło, na dzbanek nieporuszony i ramionami zżymnął.