Szpitalnik się uśmiechnął.

— Wam przecie — rzekł — przystęp nigdzie i nigdy wzbroniony nie jest. Róbcie, jak wam się zda lepiej.

Z kaplicy do domu chorych potrzeba było na drugi, niższy dziedziniec, przechodzić. Odległość była dosyć znaczna.

Ciemno się robiło wśród murów, lecz gdzieniegdzie z okien padające światło drogę wskazywało.

Bernard postępował milczący i zadumany. Nie przeszkadzało mu to, jakby z nałogu, po drodze tu i ówdzie rzucać oczyma, w każde drzwi na pół otwarte, w każde okno oświetlone, zwracać się ku każdemu przechodzącemu, którego spotykali, i pilnie się weń wpatrywać. Zdało się to skutkiem dawnego nawyknienia bardziej niż woli, gdyż zakonnik szedł cały w sobie pogrążony.

Szpitalnik, którego żywość pędziła, ciągle go wyprzedzał i musiał krok swój mierzyć, aby ciężej i powolniej kroczącego Bernarda zbyt nie wyprzedzać, bo mu miał służyć za przewodnika.

Weszli nareszcie do sieni, z której na prawo drzwi nie do izb obszernych, gdzie największa liczba chorych i rannych się mieściła, ale do kilku pomniejszych, dla braci zakonnej i starszyzny przeznaczonych, prowadziły.

Weszli. Pierwsza, ciemna, stała pustą; z drugiej przez szczeliny u progu i góry słabe się światełko przeciskało. Ojciec Szpitalnik otworzył je z wolna i, sam nie wchodząc, chciał przodem wpuścić Bernarda, który nawzajem wskazał mu, ażeby go wyprzedził.

Stało się, jak rozkazał.

Żwawy mały człowieczek wszedł do izby szczupłej, którą niewielka lampka oświetlała.