— Tak! — odparł Bernard — ale pamięć dziecka? Dzieją się rzeczy dziwne czasem. Nuż mu się tam, jakim cudem, lata chłopięce przypominają, jak sen jaki?

Szpitalnik głową potrząsał.

— To się zatarło! tyle czasu! — rzekł. — Żaden człowiek nie pamięta niemowlęctwa, a on się tu prawie w nasze ręce niemowlęciem dostał.

— Nie! nie! — zaprzeczył Bernard. — Mówił już, i tę szatańską, dziką, barbarzyńską mowę, którą bełkotał, ledwie mu potem grozą i sztuką z głowy wybito.

— Bądźcież spokojni; nie zna jej ani słowa! — rzekł Szpitalnik. — Nic podobnego mu do głowy przyjść nie mogło. Coś innego chorobę sprowadzić musiało. Co? Któż to zbada? Ciało gnębi duszę w człowieku, dusza czasem łamie ciało — oboje potem cierpią. Nie wiadomo, co leczyć? jedno czy drugie? tak są z sobą powiązane.

— Patrzeć potrzeba, co z dwojga mocniej dotknięte.

— Tak! — uśmiechnął się Szpitalnik. — Gdyby to oko ludzkie do tych głębin zajrzeć mogło? Łaska chyba Boża oświecić o tym może.

To rzekłszy, ruszył się od progu kaplicy Szpitalnik, potrząsając pękiem kluczy, który mu wisiał u pasa, a dając tym do zrozumienia, iż mu do jego obowiązków pilno było.

Brat Bernard, już go nie wstrzymując, szedł z nim razem. Szpitalnik obejrzał się na niego, zdziwiony trochę, że mu towarzyszył; co postrzegłszy, Bernard się ozwał:

— Chciałbym ja go sam zobaczyć. Nic nadzwyczajnego nie będzie, gdy razem z wami zajdę do infirmerii15.