— Możecie, czego chcecie, próbować — rzekł — bo ja już z mojej apteki, co tylko było do dania, wyczerpałem; nie sądzę, żeby się to na co przydało... Na koń siąść bodaj czy mu siły pozwolą. Dać go do jednego z tych gródków, w których dzień i noc czuwać potrzeba.. to nie spoczynek... No, ja nie wiem, — dokończył, zabierając się znowu odchodzić; ale Bernard jeszcze go raz za płaszcz przytrzymał.

— Jak sądzicie? grozi jego życiu niebezpieczeństwo? — zapytał.

— Gdyby starszym był — odparł, zżymając się13 nieco, zakonnik, któremu było pilno — prędzej by się dało zawyrokować, czy wyzdrowieje, czy zamrze... Z młodością, która ma siły wielkie i dziwactwa niespodziane, nigdy człowiek nie wie, czy ona zwycięży, czy od lada podmuchu wiatru, jak mało rozpalony knot lampy, zagaśnie.

— A szkoda by było — zamruczał Bernard. — Chowaliśmy go od dziecka... no, i rachowali nań.

Brat Szpitalnik, roztargniony, ledwie mógł ostatnie słowa dosłyszeć.

— Bracie Bernardzie! — odezwał się, wybuchając, jak zmuszony żywym temperamentem: — Wierzcie mi, stary jestem, widziałem wiele! Krwi nie przerobić w człowieku. Ma ona swe prawa. Hoduj, jak chcesz, ptaszę dzikie; ledwieś mu okna uchylił, a głosy swoich posłyszało — uleci.

— Na to się mu podcina skrzydła! — cicho zamruczał Bernard do ucha Szpitalnikowi, dodając:

— Miałżeby14 kto wydać mu i zdradzić tajemnicę? To być nie może!

Ręce podniósł do góry z oburzeniem.

— Któż by mógł? jakim sposobem? — przerwał Szpitalnik. — Oprócz nas kilku, przysięgą do milczenia związanych, żywa dusza o tym nie wie. Nikt! Domyślić się nawet nie podobna. Jerzy, jak wszyscy tu, wie, iż go małym chłopięciem z Niemiec przywieziono.