— Boli was co? — dodał pytający troskliwie.

— Nic — nic — odparł chłopiec krótko i zimno.

— A cóż wam jest?

Na to drugie pytanie odpowiedź przyszła nierychło.

— Sił nie mam — jęknął nareszcie chory.

— Jakże do tego przyszło, żeście je postradali? — badał Bernard.

Tymczasem Sylwester, przy stole stojący, machinalnie z niecierpliwości przebierał po nim palcami i na strop patrzył, jakby w skutek tych rozpytywań nie wierzył i wagi do nich nie przywiązywał.

— Ja nie wiem! — mruknął chory cicho i westchnął.

Na tym zdawało się wszystko skończone, gdyż chłopak nie okazywał najmniejszej chęci do szczerszej spowiedzi, a Bernard podbudzić go do niej nie umiał. Ojciec Szpitalnik ze swej strony pomagać mu do tego nie okazywał ochoty.

Stali milczący. Bernard, pomyślawszy nieco, uznał za właściwe dokończyć nauką moralną: