Zieloną łąką przechodzi dziewczyna, dziewiczy wianek w białych rączkach trzyma. Wianku mój ciemny, wianeczku ruciany, daleko ze mną pójdziesz stąd, daleko!

Bądźże mi, matko moja, bądź mi zdrowa! Ojcze mój drogi, bądź mi ojcze zdrowy! zdrowi bywajcie, mili bracia moi! siostry kochane bywajcie mi zdrowe!...

Tęskną tę piosnkę nucąc, dziewczę zaszlochało. Jerzemu ogień uderzył do głowy...

— Nie żegnajcie! — przerwał — wrócimy do nich!

Spojrzała nań.

— Nie! nam tu ginąć w ich szponach! — westchnęła.

— Ja was wybawię od nich! — przerwał Jerzy z dumą młodzieńczą, sam nie wiedząc, co mu dawało tę pewność ocalenia.

Baniuta przysunęła się ku otworowi w parkanie.

— Jak? — spytała.

Lecz Jerzy wśród natłoku myśli na odpowiedź zebrać się nie mógł. Pochylił się ku niej.