Być może, iż mu niespełna uwierzono, lecz Dietrich nie chciał naciskać, młodzi się uśmiechali szydersko i Jerzy siadł z nimi do wieczerzy.

Rozmowa wkrótce zwróciła się do spraw gospodarskich, wołów i koni, a gość mógł się niepostrzeżony wymknąć do swej izby, gdzie nań Szwentas oczekiwał.

Przed nim także Jerzy się nie myślał przyznawać do tego, co widział i jakie na nim wrażenie robiło dziewczę; wspomniał tylko, że za miastem Rymosa spotkał.

— Słuchaj, Szwentas! — rzekł — jeżeli to prawda, co mi powiadasz co dzień, że tęsknisz do swoich, a mnie do nich chcesz dopomóc, nie zwódźże; myśl o tym, poczynaj, bo ja szaleństwo jakie zrobię i głową gotówem99 nałożyć.

Szwentas westchnął ciężko.

— Dopóki ja tu na folwarku jestem — dodał — ujść mi łatwiej. Gdyby mnie, jak dziś, którego wieczora nie stało, długo czekać będą, potem poślą szukać, czy mnie gdzie źwierz dziki nie zadrapał. Ucieczka im do głowy nie przyjdzie prędko, a my będziemy mieli czas... ubiec kawał drogi.

Później, gdy mnie i ciebie na Zamek wsadzą — stamtąd, gdyby się i udało, wnet wrzawa powstanie i pogoń wyprawią.

Szwentas potakiwał, ale ręce łamał.

Miał on od dawna myśl, którą w sobie żywił, nie śmiejąc jej wypowiedzieć jeszcze. Chciał wprzódy przygotować się i rozpatrzeć, czy by się wykonać nie dała. Ucieczka lądem była prawie niemożliwą; Szwentas myślał o dużej łodzi, którą by nocą Nogatem puścić się można i, dostawszy do morza, u brzegów jego żeglując, przybić do litewskiej ziemi.

Lecz on sam z łodzią i wiosłami od dawna nie miał do czynienia, wód i ich ujść zaledwie słabo z opowiadań cudzych tworzył sobie pojęcie...