A jednak to mu się zdawało, przy pomocy losu, w który wierzył, najzbawienniejszym i jedynym. Pływał jak ryba i jak każdy półdziki człowiek, który się uczyć tego nie potrzebuje; zdało mu się naturalnym, że i Jerzy umieć to musiał... Ratować się więc mogli zawsze, a ucieczka wodą niełatwą była do wyśledzenia...
Chodził z tym Szwentas nad Nogat, upatrując zawczasu, gdzie by dobrą łódź mógł sobie przywłaszczyć, bo o nabyciu jej innym sposobem nie mogło być mowy.
Dopóki jednak nie czuł się pewnym swego, Jerzemu nie wspominał o tym wcale. I tym razem wstrzymał się od wyznania.
— Rymosa też musimy z sobą zabrać — dodał Jerzy, przynaglając — myśl i o nim.
— Kto wie — szepnął — może nam jeszcze kogo trzeba będzie stąd uprowadzić.
Parobek się obruszył.
— Jednemu ciężko, Kunigasiku — rzekł — dwóm gorzej, trzem — to już prawie niepodobna, a czterech ja nie poprowadzę!!
I śmiać się zaczął smutnie.
— O, młodo a pstro! — (juniste, pankiste) — mruczał. — Nie dość wam, że swoję głowę wyniesiecie; Kunigasikowi chce się orszaku zaraz, aby prędzej wytropili i wszyscy razem zginęli!!
— Jużci we trzech, czy tam wielu — odparł Jerzy — łatwiej się obronimy.