Cicho się zrobiło. Siegfried dodał:
— Jacy to tam przez pogan żywieni księża być mogli, i jakie te ich kościoły... Bożnice Baala...
— Tępić, bić, palić — tabula rasa zrobić, to sposób jedyny — dodał. — Gdy się ziarno ma siać, trzeba ziemię rozdzierać bez litości, dopiero ono na niej wzejdzie, krew użyźni...
Bernard przysłuchywał107 się z daleka; na twarzy jego nie widać było ani oznaki przyzwolenia, ani oburzenia i oporu; mowy podobne nie po raz pierwszy obijały się o uszy jego.
— Dziś — odezwał się Wielki Mistrz Luder — dzięki Bogu i opiece patronki naszej Maryi, świętym orędownikom Zakonu, możemy już spokojnym okiem w przyszłość spoglądać. Ziemi zagarnęliśmy wiele, dosięgamy brzegów morza; a choć z Polakami potrwa jeszcze walka i spór długo, choć Litwa się z nimi sprzęgać zaczyna, stoimy już tak, że się i im obojgu oprzemy, i ziemie, dla Stolicy Apostolskiej a Cesarstwa zdobyte, dla nich utrzymamy...
Zwrócił się ku gościom.
— Z waszą łaskawą pomocą — dodał, spoglądając na Ludwika Brandeburga. — Wszystkie kraje chrześcijańskie czują, że nam posiłkować powinny, tak, jak niegdyś szły na krucjaty do Ziemi Świętej. I tu sprawa Krzyża naszą sprawą.
— Każdy miecz i włócznia, która nam w pomoc przybywa — rzekł Siegfried — znaczy tyle, co darowizna Kościołowi milowej kraju przestrzeni.
— A kraj to — mówił Hans z Wirnburga — wcale nie do pogardzenia i nie tak niewdzięczny, jak się na pozór wydaje... Ziemia w większej części żyzna, gdy ją niemiecka socha poruszy... miodu i wosku dostatek, lasy źwierza pełne, rzeki w ryby obfitujące... Zima bywa srogą, to prawda, ale gdzie od wiatrów osłonięta, tam nawet na stokach wino rodzi...
— Hę? — rozśmiał się jeden z Francuzów — w wino wasze nie wierzę wiele, ale ryby i źwierzynę szanuję.