— A ja bym wam rad — przerwał Siegfried — dać u obiadu kubek starego miodu, z którym się żaden pigment nie może ważyć...

— Piłem go i bardzo mi smakował — odparł Francuz — ale dla głowy ciężki jest.

— Bo my też nie lekkie głowy mamy — odezwał się, śmiejąc, stary Siegfried.

Bernard, ciągle stojący na uboczu, niby słuchał, a zdawał się nie słyszeć... Wzrok jego błądził po ścianach.

Coś z jego twarzy poznawszy, Marszałek, przysunął się do zadumanego i spytał go:

— Wyście tu jedni czegoś chmurni... żal mi was. Cóż za nowy ciężar wspólny spadł na was jednego? podzielcie go ze mną; krzywda się wam zawsze dzieje, bo nadto ramion nastawiacie.

Bernard brwi coraz bardziej marszczył.

— Tym razem — odezwał się enigmatycznie — ja nie za nasz Zakon, co by mi pociechą było, pokutuję, ale za grzech własny.

— Grzech? — rozśmiał się Marszałek, niedowierzająco patrząc nań. — Posłuszni jesteście radzie świętej: poniżacie siebie, abyście byli podwyższeni; ja w grzech przez was popełniony nie wierzę.

— Przecież, peccaxi! — krótko odrzekł Bernard i zamilkł.