— Obudziliście ciekawość moję — odezwał się, wpatrując weń, Altenburg.

— Ale nie tu miejsce, by ją zaspokoić — rzekł Bernard. — Nie chcę wam wesołej zatruwać chwili.

Uderzony tonem, jakim wyrazy te wyrzeczone były, Marszałek za rękę pochwycił Bernarda.

— Krótkim słowem powiedzcie mi, co dla mnie tajemnicą na żaden sposób być nie powinno. Sprawa ważną jest...

— Dla mnie i sumienia mojego — odezwał się Bernard — dla Zakonu wagi mniejszej.

To rzekłszy, jakby chciał uniknąć dalszego tłumaczenia, Bernard parę kroków w tył odstąpił.

Marszałek, nie nalegając już, powiódł za nim oczyma...

— Dziwny człowiek z tego Bernarda — szepnął do zbliżającego się Hansa z Wirnburga. — Zatruwa sobie życie, troski wszystkich biorąc na własny rachunek... Co mu dziś jest?

Hans pochylił się do ucha Marszałkowi:

— Musi się czuć winnym — rzekł śmiejąc się — że dobrym zasadom naszego Siegfrieda o wybijaniu pogan nie hołdował... Ma za swoje...