Wtem Wielki Mistrz przerwał, do Altenburskiego się zwracając z mową, a tuż i dzwonek oznajmił, że w sali uczta stała gotową. Czeladź otwarła drzwi i Mistrz Margrafa Brandeburskiego z przybyłym Hrabią z Namur wiódł przodem do jadalni.
Świetnie wyglądało to towarzystwo rycerskie, które na ten dzień zbroje poskładało i przywdziało najkosztowniejsze swe szaty, najpiękniejsze szkarłatne odzieże, aksamity, wschodnie jedwabne tkaniny i złotem przerabiane lamy.
Wpośród tego różnobarwnego tłumu, białe płaszcze Krzyżaków, które starszyzna poprzywdziewała na ten dzień, ciężkie łańcuchy złote, odbijały powagą swą i prostotą. Hrabia Namur odznaczał się szczególniej wytwornością sukni, której krój kunsztowny, szycia, obrąbki, godła kolorami jakby pomalowane, czyniły go przedmiotem ciekawości, a może zazdrości wielu. Bliżsi przypatrywali się tym jedwabnym obrazkom na jego piersiach i rękawach, którym towarzyszyły napisy dowcipne...
Brandeburski pan, bogato odziany, z pewnym rodzajem pogardy szyderskiej przyglądał się strojowi sąsiada, więcej uderzającemu, acz zanadto niewieściemu.
Śmiano by się może z Francuza otwarciej, gdyby ten, na pozór delikatny, biały człowieczek, nie był zarazem jednym z najmężniejszych rycerzy i nie dał już dowodów, że z olbrzymami ciężkimi, co go otaczali, walczyć potrafi zwycięsko...
W ostatnim turnieju, który na podwórcu Średniego Zamku niespodzianie zaimprowizowano, Hrabia wszystkich przeciwników nadzwyczajną pokonał zręcznością.
U stołu był to najweselszy biesiadnik, a dobra myśl i swoboda, z jaką się odzywał, nigdy mu nie dawała zapomnieć o powadze, nie ścierała z niego pewnej dumy i nakazywała poszanowanie...
Patrzano nań jako na wyjątkową istotę, osobliwą i niezrozumiałą; on też na swych towarzyszy spoglądał z łagodnym szyderstwem. Oni tu przedstawiali siłę źwierzęcą, on dowcip i całą zręczność człowieka, który je wziął w spadku po pokoleniach wielu.
Rozmowa, nie zmieniając przedmiotu, znowu była o wojnie z pogany, z tą różnicą, że starsi, którzy zasłyszeli o walkach z Saracenami, porównywając tamtych do tutejszych niewiernych, niemal ich pół źwierzętami obwoływali i tym samym usprawiedliwiali okrucieństwo, z jakim ich tępili.
Jeden z braci dowodził, że, nawet w kolebce wzięte, stworzenie takie dzikie nic się nauczyć, nigdy do człowieka podobnym się stać nie może.