Zasiadano do stołu w ten sposób, by około każdego z dostojniejszych gości rycerz też, dla zabawiania go, przyjmowania i pojenia, był umieszczony; stary Siegfried miał zająć miejsce przy hrabi niemieckim, gdy pacholę śpiesznie nadchodzące znak mu dało...

W tej chwili odwołanie było czymś tak niezwykłym, iż Krzyżak mu się chciał oprzeć; lecz posłyszawszy, co mu szepnięto do ucha, pomieszany nieco, pośpieszył innego na swym miejscu posadzić, a sam niepostrzeżenie wymknął się z sali.

Nie tylko, że ją opuścił, lecz natychmiast z gmachu wyszedłszy w dziedziniec, śpiesznym krokiem zdążył do wrót; pominął straże i poza mury się dostawszy, począł niespokojnie oglądać. W twarzy jego widać było zdziwienie, gniew, oburzenie, rozdrażnienie.

— Na Boga! — mruczał — niesłychana rzecz! dziwne zuchwalstwo! żeby mi w takiej godzinie spokoju nie dać... Nieznośna baba!.. Dostanie za swoje...

Wtem, gdy się tak rzucał, dostrzegł zza węgła muru wybiegającą w płaszczu zakonnic — pół-sióstr krzyżackich, starą Gmundę, która, ujrzawszy go, zdyszana śpieszyła, ręce załamując.

Nim Siegfried czas miał rozpocząć wymówki, żwawsza od niego niewiasta już wołała mu do ucha:

— Dziewczynę litewską wykradziono mi!... uciekła!... Tak... ja nie mam kogo słać w pogoń. To sprawa knechtów waszych. Niegodziwa swawolnica, jeśli się jej da zbiec, będzie rozpowiadała po świecie, co się u mnie dzieje... będzie czernić i pleść rzeczy niestworzone.

Pogoń trzeba słać! ludzi dawajcie!

Mówiła zdyszana, a Siegfried słuchał namarszczony.

— Takeście jej pilnowali! — zakrzyknął. — Miała więc czas i miejsce z knechtami się znajomić i zmawiać, gdy dla naszych braci często kubka wina przynieść nie chciała! Dobrzeście ją wychowali!...