— Słać pogoń? — dodał — tak! ale dokąd? jak?.. Są jakie poszlaki? wiecie, który i czyj knecht? A! to skaranie boże!
— Któż się tego mógł spodziewać? kto przewidzieć? — wołała Gmunda. — A com ja winna? kto się od waszej czeladzi uchowa cały!
— Kiedyż się to stało? — pytał Siegfried.
— Kiedy! kiedy! — powtórzyła stara jejmość, trzęsąca się z gniewu i niecierpliwości. — Cały to spisek być musiał. Kilka dni temu schwytali ją rano w ogródku, gdy się z jakimś knechtem ściskała... Goniono go, łapano... uszedł. Kazałam siec, aby się dowiedzieć o nim; nie wydała nazwiska... Posadziłam na pokutę, na chleb i wodę. Żółknąć poczęła i chudnąć, aż mi się nie jej, ale piękności żal zrobiło. Kazałam puścić i pilnować. Dziś rano... powiadali, że chora na strych leżeć poszła... Dopiero około południa dziewczęta się dowiedziały do niej, ale już nie było i śladu...
— A skądże pewność, że z knechtem uciekła? — ofuknął Siegfried.
— Kiedy ją z nim schwytano...
— Żadnej poszlaki? Widział kto? — począł Krzyżak.
Gmunda płakać zaczęła; mówiła coś niewyraźnie, rzucała się, narzekała na swą dolę. Siegfried, któremu do swoich pilno powracać było, niecierpliwił się także i burczał:
— Posyłać za nią? gdzie? kogo?... albo to knechty nasze na to są, aby na zbiegłe dziewczęta polowały?
Tak mówił Krzyżak, a jednak widać było, że rad był w czymś pomóc Gmundzie. Groźba jej, że dziewczę może po świecie roznosić, co się w domu jej działo, nie była i jemu obojętną.