Tuż we wrotach stał starszy Bramny, sługa, człek stary i otyły, ciekawie się przypatrując, a może i przysłuchując rozprawie Siegfrieda z Gmundą. Zwrócił się ku niemu Krzyżak, jak do zaufanego, z użaleniem, iż knechty broili, że sługa pani Gmundzie zginęła.
Bramny, doświadczony i od lat wielu będący przy Zamku, głową potrząsał.
— Coś to się składa dziwnie — zamruczał. — Waszej siostrze dziewka przepadła, a nam tej nocy chłopak, co go brat Bernard chował, sierota... no i ten niecnota parobek, psubrat Litwin, którego bym ja dawno był powiesić kazał, a Bernard go trzymał, karmił i nim się posługiwał...
Siegfried się rzucił.
— Pewno to? — zawołał.
— Alboż bym śmiał mówić, gdyby już całego Zamku Górnego i Dolnego, i wszystkich kątów, szukając ich, nie strzęśli. Wszak i mnie brał Bernard na spytki, a warczał, a rzucał się, żem ja ich przez wrota wypuścił. Ja! u mnie się kot nie wydostanie bez pozwolenia... A z Dolnego Zamku, gdzie się około szpitala i stajen tyle ludzi szasta, wchodzi i wychodzi, można by stu ludzi wyprowadzić i nikt by nie wiedział o tym.
Czyżby głupi byli iść tu, gdzie ja bym im w oczy zajrzał, a nie tam, gdzie wrota otworem...
Siegfried zadumał się, nie chcąc przed Bramnym powiedzieć, co myślał. Zwrócił się do Gmundy lamentującej po cichu...
— Idź do domu, idź! co się zrobić da, to się uczyni... Dwóch ich stąd pono tej nocy drapnęło. Jest więc ślad; musieli razem ujść i razem ich też złapią, bo Bernard nie zaśpi pewnie...
To mówiąc, Siegfried, pożegnał siostrę i przyśpieszonym krokiem zwrócił się do sali biesiadnej nazad.