Tu już pierwsze kubki na czcze żołądki i głowy podziałały tak zwycięsko, iż wrzawa i szum nie dawały słowa usłyszeć. Brząkano w puchary, śmiechy tubalne się rozlegały; woń silnych zapraw korzennych napełniała salę. Służba zdejmowała już pierwsze opróżnione misy i śpieszyła je drugim daniem zastąpić. Ogromne ćwierci dziczyzny, stosy pieczonego, gotowanego i smażonego ptactwa, pływające w zawiesistych sosach, każdy rękoma i nożami rozrywał, a myśliwskie psy popod stołami gryzły się o rzucane kości.
Siegfried, szukając dla siebie próżnego miejsca, nie znalazł innego nad jedno w końcu stołu, gdzie się, zawsze skromny i unikający być na oku, brat Bernard usadowił.
Tego mu właśnie potrzeba było... Bernard, na łokciu sparty, nie brał się do jedzenia, noża nawet nie odpasał — siedział pogrążony w myślach jakichś. Wszystko dokoła się śmiało, on marszczył się i krzywił.
Siegfried pochylił mu się do ucha.
— Słyszeliście? wiecie? — zapytał. — Waszego wychowanka, słyszę, nie stało... Z parobkiem jakimś ujść miał... A oto Gmunda na mnie napadła, że jej knechty naszę dziewkę porwały. Nie inni, tylko ci.
Bernard się rzucił ku niemu.
— Miała Litwinkę na wychowaniu? — zapytał żywo.
— Tak, jak wy... — ale spojrzenie nie dało mu dokończyć; Bernard znakiem, w czas uczynionym, przypomniał mu, że pochodzenie chłopca było tajemnicą.
— Zbiegł więc wasz zakładnik? — spytał Siegfried.
— Znikł... nie wiem — zamruczał ostrożny Bernard. — Szpitalnik mi doradził dać go na folwark, do Pynauów, dla wyzdrowienia... tam musiał on dać się zbałamucić komu. Parobek... litewski źwierz — dorzucił — pół dzika bestia... ale zdrajcą nie był i lat u mnie służył wiele. Niepojęta rzecz...