— Posłaliście za nimi? — zamruczał Siegfried.
— Pogonie poszły ciche — rzekł Bernard — ale rozgłaszać o tym nie trzeba. Wszystko się jeszcze na głupim wybryku dla dziewczyny skończyć może. Mnie ta ucieczka dziewki od Gmundy trochę pocieszyła. Chłopiec młody, krew gorąca... gdzieś, chwyciwszy ją, skryć się musiał w pobliżu Pynau. Przetrzęsą krzaki, to go znajdą...
A parobek... pewnie ucieczki się wcześnie dopatrzywszy, nie zbiegł, ale szukać chłopca musi...
Siegfried słuchał, ostygłszy nieco.
— Tak sądzicie? — zapytał.
— Sądzę, że inaczej być nie może, bo uciec... dokąd? jak? byłoby niepodobieństwem! — rzekł Bernard. — Chłopca się wsadzi do kaźni, na chleb i wodę, Gmunda dziewczynę ukarze...
— Więc cicho — dokończył Siegfried, siadając i biorąc się do jedzenia.
Bernard, mimo że się sam uspakajać starał, pozostał zadumanym i posępnym. Ponieważ rozesłał na wsze strony pogonie i szpiegi na zwiady, spodziewał się lada chwila jakieś wiadomości i każde pacholę wchodzące oczyma przenikliwie mierzył.
Nikt jednak w ciągu uczty nie zbliżył się do niego; wiadomość nie przyszła żadna. Już słodkie dania na stole się zjawiły, gdy Tomchen, pacholę Bernarda, nadbiegł wreszcie do niego. Lecz z oczu mu nie było widać, by z czym dobrym przychodził.
Pochylił się panu do uszu.