— Mówią, że i tego Litwiaka nie stało, co go Romkiem zwali, a drudzy Rymosem...
Drgnął Bernard.
Zaczynało mu być jaśniejszym coraz, iż wszyscy ci zbiegli, jednej krwi będąc, musieli się zawczasu porozumieć z sobą i razem umówioną przedsięwziąć ucieczkę.
Nie tyle mu żal może było tych rachub chybionych, którymi się łudził, wychowując Jerzego, co samego chłopaka, do którego się był, sam o tym nie wiedząc, przywiązał. Szło mu i o to, co dla Zakonu przez niego chciał uczynić; lecz teraz, gdy jawnym było, że mimo wszelkich starań poczuwał się Litwinem i że zbiegł pewno nie gdzie indziej, jak do swoich, teraz niechybna zguba wychowańca trapiła go.
Nie powątpiewał na chwilę, że zginąć musi.
Jakimże sposobem wyrwać się mógł z rąk, prześlizgnąć bezkarnie przez posiadłości krzyżackie?
Stał mu przed oczyma piękny ów chłopak, po którym się spodziewał tyle... z rozbitą czaszką, z piersią zakrwawioną.
On sam nie miałby już nad nim litości. Jak skoro odstępcą był... śmierć ponieść musiał. Przed ucztą głoszone owe niektórej braci twierdzenia, że Litwę tępić i wybijać należało, teraz mu się niemal słusznymi wydawały.
— Zawsze w nich krew ta i duch pogański się odzywa! — mówił do siebie. — Dzieckiem go wzięto, języka oduczono, słowem bożym karmiono, pochodzenia własnego nie wiedział, Niemcem się sądził... a przecież szatan zdążył po swą ofiarę i zabrał ją, choć dla Pana wyrwałem mu ją z paszczęki...
Gdy tu, w końcu stołu, dumał tak smutnie Bernard, a Siegfried, już troski zapomniawszy, jadł, aby opuszczone dania sobie nagrodzić — w drugim, u góry, z wolna się śpiewy słyszeć dawały...