Jerzy mu na krzyżackiego szpiega patrzał114, a Szwentas na oszukanego głupca.

Po naradzie, stary kazał po cichu wszystkich przybyłych umieścić w szopie koło dębu, dać im jeść i straż postawić. Ściągnięto i rozespanego Rymosa, który, ledwie się tu dowlókłszy, padł i zaczął drzemać znowu.

Jerzy, który mało mówić umiał, nie czuł się tu swobodnym; dziwił się sam, że ta Litwa, do której tęsknił, inaczej mu teraz z bliska się wydawała, niż ją marzył z dala, gdy Rymos o niej opowiadał.

Machinalnie kilka razy się chciał przeżegnać i — strzymał... Trwoga jakaś i smutek ogarniały duszę.

Ludzie, których widział, mieli dlań coś dzikiego w sobie...

Zapadła noc. W dolinie ognie pogasły, na ołtarzu tylko pod dębem płonęło święte ognisko i trzy białe dziewice stały przy nim, podsycając je, na straży jak trzy posągi milczenia...

W zaroślach chór słowików nucił pieśń wiosenną głosów tysiącem...

Jerzy to usypiał na swym posłaniu, to się podnosił i przysłuchywał. Pieśni tych leśnych nigdy dotąd w życiu nie słyszał jeszcze; mówiły one doń językiem, którego nie rozumiał, a duszę jego poruszały...

Miał rozpocząć życie nowe... musiał wszystko stare przekląć i zapomnieć... Jakiś żal niewytłumaczony budził się po nieznośnej, znienawidzonej przeszłości...

Były w niej na czarnym tle całunów jakby złote gwiazdy, jasne słowa życia... i miłości... był urok jakiś w tych postaciach mnichów, których widywał, miłosiernych czasem, pokornych... Uśmiech Szpitalnika Sylwestra nad łożem chorych, jak aureola opromieniał starca.