Tu wszystkie lica były groźne i posępne.

Sen zbiegł mu z powiek; podniósł się, ciążyła głowa, w piersiach było duszno.

Miał odzyskać matkę... Na próżno obrazu jej szukał w pamięci — nie znalazł go... zatarło się wszystko...

Szwentas spał w nogach jego, jak źwierz najedzony i napity; Rymos leżał trupem prawie... Wstał Jerzy... przez szpary w ścianach spostrzegł chodzącą straż. Dalej w mrokach nocy czerwony dym i żółte światło ognia rysowały konary dębu, pień jego, opony szkarłatne, ołtarz i trzy nieruchome Wejdalotki.

Z kolei jedna, to druga, jak przez sen, ruchem nauczonym, wyciągała rękę ku ognisku, rzucała mu pastwę; płomień wybuchał jaśniejszy, dym dobywał się gęstszy; iskry podnosiły się, wirując w powietrzu i gasnąc, lub rozpryskując się. Jerzego ogarniała trwoga.

W szopie mu robiło się duszno; majowego poranka pierwsze brzaski srebrzyły niebo — uchylił wrót nieco i wyszedł powoli...

Na ziemi spali ludzie pokotem; stróże popatrzyli na wychodzącego i nie rzekli mu nic. Wysunął się z szopy, począł błądzić po zagrodzie... Bramy stały zawarte, ujść nie mógł: dozwalano mu krążyć, z dala spozierając na niego... Ciekawość jakaś wiodła go dokoła. Drożyną pomiędzy drzewem i stosem Krywejty szedł dalej, gdy z ciemności bałwan Perkunasa spojrzał na niego.

Brzask dnia oświecał z lekka bezkształtną potworę. Spróchniała miejscami, w półmroku, jakby własną jakąś światłością gorzała.

Kunigas spojrzał i oczu nie mógł oderwać. Poczwarne, nieludzkie oblicze, przybierało w oczach jego wyrazy dziwne, wszystkie groźne, krwi chciwe, okrutne.

W tych wizerunkach zbolałego Boga, które widywał po kościołach, mimo cierpienia była miłość, łaskawość, dobroć jakaś. Był to Bóg winy przebaczający, zamęczony przez ludzi, krwią oblany własną.