Ten, który spod pnia nań spoglądał, zdawał się cudzej, nienasycony, pożądać... nie znał miłosierdzia... Był to bóg ognia, zniszczenia, piorunów...
Kunigas, nie umiejąc wypowiedzieć, czego doznawał na widok Perkunasa, czuł tę różnicę sercem, które się ściskało...
Tam z kazalnic przynajmniej płynęło słowo przebaczenia, łaski miłości; tu... panowała zemsta. Tam kapłani niekiedy mówili, że wszyscy ludzie są lub powinni być braćmi; tu oni byli wszyscy sobie wrogami.
Połyskująca blado we mroku głowa Perkunasa, z szeroko rozdartą paszczęką otwartą, łaknęła ofiar... zdawała się je miażdżyć w swych szczękach i z rozkoszą karmić się nimi.
Kunigas stał, z trwogą wpatrzony w kloc ten straszny, po którym światełka próchna biegały, tworząc poruszenia na obliczu potwory — gdy jeden z czuwających Wejdalotów przybliżył się ku niemu.
Był to młody, urodziwy Konis, znacznego rodu dziecię, któremu wróżono wprędce laskę Krewuli, a może i stolicę Krewego... W oczach jego, rozumnych a ognistych, błyskało życie, podbudzone religijnym zapałem... Wiedział on już o Jerzym i jego losach, a pragnął się od niego samego dowiedzieć czegoś jeszcze. Jak wszystkich napastowanych Litwy obrońców, i jego obchodziły wielce tajemnice tych ludzi zbrojnych, co z zachodu z nową wiarą i orężem szli na kraj jego, zdobywać i wywracać. Jerzy chciał go zbyć ukłonem i milczeniem, oddalając się; lecz Konis go zatrzymał łagodnie.
— Żyliście pono u Niemców, z Niemcami i w ich wierze przez czas długi — rzekł do niego. — Mieliście sposobność im się przypatrzeć. Prawdaż to? silniejsi są od nas ci najeźdźcy?
Kunigas namyślał się chwilę.
— Tak, niestety — rzekł — silni są żelazem, orężem, zbroją, bogactwem, a może i tym, że oni ani żon, ani dzieci, ani rodzin nie mają. Są to kapłani tamtego ich Boga, ale zbrojni i dla podbicia mu wszystkich ziem walczący...
Konis brwi marszczył.