Konis, ochłonąwszy trochę, zbliżył się, przypatrując Jerzemu, i badał dalej:

— Powiedz mi, kto ich nauczył kowania żelaza i tych wszystkich sztuk przeklętych, którymi oni nas zwyciężają? Budują, słyszę, grody z kamienia i umieją głazy zmusić, aby się zrastały z sobą? Skąd mają bogactwa?

— Patrzałem na to, co mają i co umieją. — rzekł Jerzy — ale jak do tego doszli? ja nie wiem... Jest ich narodów niezliczonych mnóstwo, wszystkie należą do jednego Boga... to ich silnymi uczyniło...

— Tak — odparł Konis zamyślony — tak, był u nas czas, że jeden Krewe nad całym krajem Letuwy panował; potem rozmnożyli się Krewule i Kunigasowie powstali, i ziemie się porozpadały w szmaty... ale teraźniejszy Wielki Kunigas, Gedymin, znowu weźmie wszystko w dłoń jednę.

Tu czoło mu się zachmurzyło, spojrzał na Jerzego.

— Potwarz na niego rzucają — dodał — że z postrachu tamtemu Bogu niemieckiemu i jego najwyższemu Krewie chce się poddać.. Mówią, że słał posły... że w zakład dał córkę Polakom... Córkę? może... ale on się bogów litewskich nie wyrzecze, bo Litwa jego by się wyrzekła... Nie! nie! Lis to jest chytry... chce zyskać czas, aby się potężniej uzbroił.

Kunigas słuchał, nie rozumiejąc. Konis, rozgrzany, mówił coraz żywiej, nie zważając, czy go słuchający pojmie...

— Prawda! ta obca wiara ciśnie się do nas zewsząd... od Krywiczan, od Russów... Budują sobie świątyńki, przywlekają się ich kapłani... lecz kryć się muszą, bo śmierć by ich spotkała... Obcym bogom my się tu osiedlić nie damy...

Zamilkł i zwrócił się znowu do Jerzego.

— Mówią, że wy jesteście synem Redy? — odezwał się. — Wrócicie do Pillen, na granicę, do waszej ojcowizny? Pamiętajcież bronić jej dzielnie, a nie dać w ręce Niemców.