Wszystkie matki chciały widzieć ten cud, dziewczę wyrwane z rak niemieckich... ocalone! wczoraj sierotę, dziś jedynaczkę bajorasowej, która ją już opłakała od lat wielu...
Opowiadano sobie teraz po cichu, jak Jargała usypiała, nic o dziecięciu nie wiedząc, i jak we śnie przyszła do niej Lajma-Pani, z obliczem słonecznym, i szepnęła do ucha: — Wstań a idź, skończyły, się łzy twoje, szczęście twe się poczyna — oto tam, na ziemi nagiej, śpi dziecko twoje, Baniuta!
I poszła stara matka, i znalazła ptaszynę swoję.
Zdało się Jargale, że tak maleńką z rąk porwali, iż jej dokołysać nie mogła: więc tejże nocy wzięła dorosłą na kolana, i objąwszy, nucąc pieśń kolebki, kołysała ją i usypiała przez noc całą...
A teraz?...
Teraz jej ludziom pokazać nie chciała i nie mogła, zbiedzonej, obszarpanej, drogą zmęczonej. Zaprowadziła ją do namiotu, zasłoniła od oczu i chciała przystroić, nim by na świat wyszła.
Położyła główkę jej na swych kolanach, rozplotła złote warkocze i, śpiewając cicho, czesać je zaczęła... a całowała i czoło, i kosy... i łzy padały ze starych oczu na młodą, uśmiechniętą twarzyczkę dziecięcia.
Dokoła namiotu cisnęły się niewiasty natarczywie.
Potrzeba było wszystkiego; i szytej koszulki, i fartuszka bramowanego z dzwoneczkami, i paska czerwonego, i bursztynów na szyję, i zapięcia do gzła, i wstążek do włosów, i wianuszka na czoło...
Boć ciemnego, rucianego wianka nie zgubiło dziewczę po drodze, tylko przywiądł, gdy na ziemi spała.