Wejdaloci i Wejdalotki już na nią czekali u wrót.
Stał tu i piękny Konis, przepasany białą opaską, z laską jasną w ręku, w dębowym wieńcu. Z dala się przypatrywał i gdy ją zobaczył taką przepiękną, zbladł aż i zadrżał...
Z Wejdalotek, co na nią czekały, żadna się z nią mierzyć nie mogła...
Czy ją tak wykarmił niemiecki chleb, czy litewska tęsknica?! Nikt nie wiedział, że ją matki łzy i pocałunki tak obmyły i zarumieniły. Szła sobie, jak kwiatek, co dopiero otworzył się z rana i śmiał się do słońca.
Wszystkie dziewczęta cisnęły się za nią do ognia. Wejdalotki prowadziły, szli Wejdaloci i kapłani, i wróżbity, i sam nawet stary, szpakowaty, otyły Krewule, na lasce się opierając...
Konis mu coś szeptał do ucha, stary potakiwał głową.
Dziewki od ognia oprowadziły ją dokoła ołtarza i dokoła dębu... a guślarze kropili wodą ze świętego strumienia, sypali na nią ziarnem i błogosławili.
Baniuta jak upojona wieść się dawała i sadzać, i podnosić... Jargała ledwie nierychło podążyła za córką.
We wrotach Konis piękny czekał na nią i zatrzymał.
— Do córki muszę! — zawołała.