Krewule laską postukiwał i brodę szarą pogładzał. Oczki jego maleńkie pilnie matkę zrozpaczoną badały.
— Taka wyrocznia bogów — dodał. — Musi ona tu zostać Wejdalotką u ognia naszego. Na to ją ocaliły bogi.
Jargała rzuciła się na kolana. Baniuta, która opodal nieco z dziewczętami stała, krzyknęła i głosu jej zabrakło. Ręce drżące wyciągała ku matce, tylko co odzyskanej, którą wnet znowu stracić miała.
Wejdalotki milczeć jej kazały. Stary Krewule, któremu długo stać ciężko było, a nogi miał chore, poobwijane szmatami, siadł na ławce pod daszkiem. Kij przy sobie postawił, spojrzał w bok, gdzie stał róg z miodem, trochę się napił i mówił poważnie bardzo:
— Płaczesz! ale byś dziękować powinna! albo to jej tu źle będzie chodzić koło ognia świętego, zawsze w świeżych rąbkach i wiankach?? A jakiż ty jej los lepszy dać możesz? Za mąż wydasz? praca nieustanna, łzy i trud... a tu cisza, i spokój, i dostatek... Ludzie szanują, bogowie błogosławią. Życie sobie jak ptaszyna prześpiewa...
Baniuta, słuchając, coraz bledszą była; stała się białą jak rąbek, w który ją przybrano... a drżała jak liść i śliczne oczy jej okryły się powieką, która nad nimi zawisła ze łzą srebrną.
Matce tchu w piersi zabrakło, nogi zaklęsły, padła na kolana, szlochając.
Opodal trochę stał Kunigas Jerzy; słuchał a spoglądał; brew mu zadygotała, ściągnęła się, namarszczyła... czoło porysowało — bladł i zżymał się115.
Postąpił kroków parę ku Krewuli.
— Ojcze — odezwał się, łamaną i trudną mową. — Coście rzekli, to się na żaden sposób stać nie może.